
HANOI
A miasto to motory, skutery, niekończący sie ciąg sklepów i sklepików od odzieżowych, zabawkowych po bardzo specjalistyczne sklepy
dziewiarskie, malarskie czy też sklepiki poświęcone np w 100% papierowi do pakowania.





HALONG BAY
My przy wyborze kierowaliśmy się prawdopodobnie 😉 zdrowym rozsądkiem i opiniami na tripadvisor.
HALONG W WERSJI MISTY
Powiem wam jedno, jeśli żar leje się z nieba i człowiek dowoli może cieszyć się możliwością wskoczenia do wody, lub leniuchowania na górnym pokładzie, jakość łajby i program nie mają w sumie większego znaczenia.
Kiedy aura staje się bardziej kapryśna tak przyziemne sprawy jak „atrakcje” dodatkowe zaczynają odgrywać jakąś tam rolę. Piszę to tylko na wypadek gdybyście wiedzieli, że popłynecie w deszczu; zabierzcie wtedy ze sobą karty, książki i może coś mocniejszego na rozgrzewkę, ponieważ ceny trunków na łajbie są oczywiscie ok 3krotnie wyższe niż w Hanoi.
Dojdźmy do senda sprawy, bo przecież nie o łajbę w tej wyprawie chodzi ani o też o trunki ( przynajmniej nie w 100% 😉 ).
Jeśli głównym celem Twojej wyprawy będzie podziwianie piękna zatoki, będziesz zadowolony, nawet jeśli objawi się ona w klimacie mistycznym.
Halong Bay znana nam z internetowych zdjęć zielonych wzgórz wyrastających z lazurowej wody, ukazała się nam z diametralnie innej strony. Zamiast rajskich widoków zaoferowała nam wersję wg Tolkiena.
Góry niczym z groźnego Mordoru, zatopione częściowo w chmurach, częściowo we mgle przybrały mroczny wygląd, przynosząc sporo frajdy naszej nastolatce.






Zamiast kąpieli słonecznej mogliśmy dowoli korzystać ze SPA w postaci nawilżającej ciało i włosy mżawki. Nawilżone zostały również nasze ubrania, które dziwnym sposobem zamiast pachnieć olejkami eterycznymi ( jak na SPA przystało) zaczęły zalatywać stęchlizną. Pomimo wszystko, albo właśnie dzięki tej aurze, w zatoce panował spokój.
Widoków nie zakłócało tysiące innych turystycznych łodzi, a nawet jeśli płynęły gdzieś w oddali, mgła skutecznie stapiała je otoczeniem, dając cudowne poczucie, że jesteśmy w tej mrocznej krainie sami.

CZY WARTO (po raz pierwszy)
Szczerze mówiąc niezależnie od tego co przeczytacie w necie, miejsca takie jak to zawsze warto zobaczyć na własne oczy.
Na jednych zrobi ono ogromne wrażenie, na innych zaś, zwłaszcza tych którzy wcześniej mieli okazję odwiedzić chinskie Yang Shuo lub okolice tajskiej wyspy Ko Yao Noi, zatoka zrobi wrażenie ciut mniejsze. Tak czy siak nie można odmówić tej wietnamskiej wizytówce nieziemskiego uroku.

CO W PROGRAMIE?
Tak jak wspominałam wcześniej, niezależnie od tego co obiecuje ci sprzedawca wycieczki, bądź powściągliwy w zachwycie. O tym co zobaczysz dowiesz sie dopiero na miejscu. Oferty są zbliżone, a pomimo to jedni mogą mieć farta i zobaczyć więcej, inni zaś, Ci urodzeni bez czepka, mogą zobaczyć mniej.
Standardem jest wpłynięcie do zatoki, która liczy aż 1900 wysepek. Wycieczki o wyższym standardzie ( przynajmniej w teorii ) kierują się w kanał pomiędzy wyspami, cumujac w spokojniejszej, mniej obleganej części zatoki. Tutaj odbywa sie kajaking- zdecydowanie najbardziej emocjonująca część wyprawy.
Kolejnym standardowym punktem programu jest lekcja gotowania .
Lekcja a raczej ” lekcja” przygotowania spring rollsów to typowa zapchaj dziura. Pomimo dość wątpliwych wartości merytorycznych tego punktu programu, zostaliśmy zapoznani z największymi różnicami kulturowymi północnego i południowego Wietnamu, po czym zjedliśmy całkiem smaczne, własnoręcznie robione rollsy.



Zamiast pływającej wioski odwiedziliśmy farmę ostryg, która jest jednym z głównych producentów pereł w Wietnamie. Wycieczka krótka, zwięzłą i interesująca.









CZY BYŁO WARTO
Kolejny raz zadajemy sobie to dość retoryczne pytanie. Czy na odpowiedź ma wpływ fakt iż część programu została przemilczana ( i chwała Ci za to smoku z Halong Bay bo było to karaoke i gry integracyjne), część zaś wykonana bez większego entuzjazmu, a sama łódź swoim stylem vintage 'odrobinkę’ odbiegała od tego co pokazywano nam w katalogu? Na szczęście nie, ponieważ odwiedzając zatokę musimy być świadomi tego po co tam płyniemy. Owszem, w deszczową pogodę bardziej boli fakt, że pomimo opłaty za wyprawę dodatkowo musisz płacić za wszystkie napitki, że w tzw międzyczasie, czyli pomiędzy kajakami a fishingiem nie dzieje się w sumie nic, to Halong Bay i tak pozostaje piekną, dla nas akurat mglistą, tajemniczą krainą, w której poza podziwianiem piekna zawsze można zagrać w Banga czy Dooble. Choć nie raz tęskniliśmy za słońcem ( tzn ja teskniłam za możliwością sfotografowania wschodu i zachodu słońca) to i tak widoki warte są zapamiętania.



