logo300 kol kopia

udostępnij nasz post

Torres del Paine

Facebook
Twitter
Pinterest

Hejka. Właśnie jedziemy autokarem z Chile do Argentyny z zawrotną prędkością 30km/h. Wspaniałe Chile czas na pożegnanie.  Skoro czeka nas ok 5h jazdy mamy czas na pielęgnację wspomnień aby przypadkiem w trasie nie umknęły.

Do Patagonii przylecieliśmy z Santiago de Chile. Po trzygodzinnym locie dotarliśmy do małego lotniska w Punto Arena,  z którego to autokarem ruszyliśmy w  w kolejną trzygodzinną podróż w stronę Puerto Natales. Dla naszej młodzieży to miła odmiana, ponieważ pomaleńku zauważamy mały przesyt samolotami. To niezbyt dobrze w obliczu czekających nas jeszcze 30 lotów.

Trasę umila nam obecność chilijskiego opiekuna autokaru. Przyznać trzeba, że jest to całkiem interesująca funkcja. Chodzący po autokarze wesoły starszy pan, nie znający w ząb angielskiego, dbających o komfort pasażerów, przechadza się po pojeździe tam i z powrotem rzucając od czasu do czasu dowcipem lub jakąś anegdotką. Najwidoczniej wyjątkowo spodobała mu się nasza rodzinka ponieważ postanowił poopowiadać  nam troszkę o sobie, swoich trzech synach, okolicy, a także o swojej pasji kolekcjonowania banknotów. Zupełnie nie  przeszkadza mu fakt, że nie znamy hiszpańskiego.  Ważne, że sprawia mu to przyjemność a i nam jest całkiem miło.

Przemierzamy Patagonie.  Krainę otwartych przestrzeni, strusia Nandu, pomalowanych  na grzbietach owiec, swobodnie biegających koni i nieuchwytnych kondorów. A ponad wszystko krainę nieustającego wiatru i królującego na horyzoncie pasma Tores Del Paine. To on jest głównym celem  naszej wizyty w Patagonii. Niestety mamy do dyspozycji zaledwie jeden pełen dzień, czyli zdecydowanie za mało na trekking po parku. Wybieramy więc opcje samochodową, która jest świetnym rozwiązaniem jeśli chcesz zobaczyć wiele w krótkim czasie, zwłaszcza jeśli masz na pokładzie dzieciaki.

Po dotarciu do Puerto Natales czyli miasteczka leżącego  ok 90km od parku docieramy do hostelu Melinda.

Drodzy podróżnicy, jeśli wybieracie się w te strony i szukacie noclegu to zapamiętajcie konieczne nazwę tegoż hostelu. Jest to miejsce w sam raz dla tych, którzy kochają klimat rodem z horroru Motel, lub rodzinkę Hewitt’ow z Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną.  Niestety zdjęć brak, to chyba z wrażenia żadne nie zostało zrobione. Wspomnienia będą na tyle  intensywne, że i bez zdjęć żadne nie umknie. Jeśli potraficie sobie wyobrazić magazyn starych szmat, brudnych gaci i innych dziwnych niezidentyfikowanych przedmiotów, pośrodku kuchnię w której sprzątano ostatnio chyba za czasów naszego Gierka i siedzące w tym wszystkim starsze małżeństwo, będziecie tutaj razem z nami. Widok ubarwia pani sącząca yerba mate, chrupiąca suchary i wymachująca palcem, wskazując, że spać możemy na górze.

Na górze jest całkiem, całkiem, gdyby nie pościel pamiętająca wszystkich śpiących w niej nieszczęśników . Ciekawe jest ograniczenie czasu kąpieli- na każdego członka rodziny maxymalnie 5 minut. Podejrzewam, że pół minuty w tym pomieszczeniu każdemu spokojnie wystarczy.

Cóż ..ten jeden raz nie doczytaliśmy opinii z booking’a i mamy za swoje.

Mina dzieci? Bezcenna 😊

Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na „miasto” głodni niczym mała wataha. I oto naszym oczom ukazał się hostel Dickson, maleńki, pachnący, czysty, w zasadzie niewiele droższy od naszego małego horroru. Zapewne domyślacie się jaki był ciąg dalszy, bo co jak co, ale życie jest nam miłe a spokojny sen jeszcze milszy.

Ze świadomością posiadania nowego lokum, świat stał się piękniejszy a w nim małe miasteczko. Puerto Natales to mała portowa miejscowość z mnóstwem sklepików , restauracji i innych udogodnień skierowanych w stronę ‘trekkingowców’. To jedno z głównych miejsc wypadowych dla tych, którzy planują jednodniową wyprawę po Torres del Paine. To idealne miejsce wypadowe dla nas.

Torres del Paine to Chilijski  park narodowy  z dziesiątkami małych jeziorek, większych jezior i wodospadów  otoczonych Andyjskimi szczytami pokrytymi śniegiem.  Temu górskiemu obszarowi nadano status rezerwatu biosfery UNESCO. Powstał w 1959 r. i początkowo nosił nazwę Parku Narodowego Lago Grey.  Obecna nazwa wywodzi się od dwóch królujących tutaj szczytów sięgających 2500m n.p.m.  Lazurowe kolory lagun i białe szczyty górskie to związek idealny. Park jest ostoją dla Guanaco, należących do gatunku wielbłądowatych, kondorów, strusi Nandu, a nawet pumy, która w tych rejonach sprawia swoje rządy. Niestety ujrzenie jej możliwe jest co najwyżej dla tych, którzy przemierzają tutejsze szlaki górskie piechotą. Przez kilka godzin przemierzaliśmy park naszym czerwonym smokiem,  podziwiając kolejno Lagunę Amarga , jezioro Nordyjskie, rzekę szarą  i wiele innych, których nazw nie zdołaliśmy zapamiętać. Docieramy do Jeziora Szarego. W tym miejscu czeka nas krótki i pozornie banalny trekking. Zaledwie 3km w obie strony, wzdłuż wybrzeża jeziora. Pozory zawsze mylą. Zimny wiatr dmący z potężną siłą, chcący kilkakrotnie porwać naszego małego chudzielca pokazał, że nie dystans ma znaczenie ale warunki w jakim się go przemierza.  Na końcu trasy czekało na nas kilka maleńkich lodowców, które niestety ani nie rozdawały gorącej czekolady ani też nie były źródłem wifi. A to chyba jedyne dobra, które w tym momencie mogłyby usatysfakcjonować naszych „małych” towarzyszy. Ostatecznie dali radę i co gorsza pokazali nam, że stać ich na wiele. Zapewne jeszcze nie raz postanowimy to wykorzystać. 😉

Jak zwykle zostawiam mnóstwo fotek. Pewnie wystarczyłaby 1/10 ale nigdy nie wiadomo, która przemówi do Was najbardziej.

DSC_3174DSC_3560DSC_3148DSC_3152 DSC_3164 DSC_3162 DSC_3161 DSC_3193DSC_3196DSC_3222DSC_3236DSC_3242DSC_3261DSC_3289-EditDSC_3297DSC_3304DSC_3307DSC_3326DSC_3323 DSC_3319 DSC_3324 DSC_3330 DSC_3338 DSC_3357 DSC_3382DSC_3388 DSC_3392 DSC_3435 DSC_3454DSC_3463 DSC_3467 DSC_3469DSC_3482DSC_3484DSC_3515DSC_3516DSC_3551

Torres del Paine

Zobacz

Podobne wpisy

Azja

Sri Lanka – święta góra

Sri Lanka zwana łzą Indii jest krajem wielokulturowym, wieloreligijnym i skrywającym ogrom świętych miejsc, do których uwielbiają pielgrzymować

Czytaj dalej »