Po wstępnym zapoznaniu się z kenijskim klimatem czas na Tanzanię.
Czeka nas kilkugodzinna wyprawa, znacznie przekraczająca czas wstępnie wyznaczony przez mapy google.
Kierujemy się na granicę w Isebania, a następnie planujemy znaleźć nocleg w okolicach Tarime.
Po drodze do granicy poznajemy Kenię z jeszcze innej strony. Krajobraz zmienia się niczym w kalejdoskopie. Raz pustynny, z typowymi dla klimatu sawanny sukulentami, po chwili zmienia się w zielona dżunglę, zupełnie odbiegając od stereotypowego wyobrażenia Afryki.
Afryka wiele ma twarzy, zarówno pod względem krajobrazowym jak i społecznościowym.
DAJ W ŁAPĘ
Już na granicy kenijsko- tanzańskiej widzimy, że piastowanie stanowiska urzędniczego to świetna okazja na dorobienie paru lewych dolców na boku. Takiej perfidii nie widzieliśmy dawno i myślę, że miłośnicy lewych interesów mogliby się sporo od tutejszej władzy nauczyć.
Granica w Isebanie jest tylko maleńkim przykładem, w jaki sposób załatwia się tutaj sprawy urzędowe. Przykładowo pan w okienku zauważa jakiś brak w dokumentach u naszego kierowcy i oficjalnie podaje wysokość łapówki, która rozwiąże problem. 70 $ i brakujący druk okazuje się już zbędny. Wszystkiemu towarzyszy „przemiły” Pan „bez oka”, nadzorujący aby wszelkie „biznesy” poszły sprawnie i bez zbędnych komplikacji. Trzeba przyznać, że dba on o swojego klienta aż nadto. „Jednooki bandyta” ( w sumie cudzysłów chyba jest tutaj nawet zbędny) oprowadza nas od okienka do okienka niosąc pomoc przy załatwianiu formalności związanych z przekroczeniem granicy, po czym w swej super uprzejmości prowadzi nas do gościa od wymiany kasy, który znakomicie robi nas w konia, kantując na kursie. Na nasze szczęście wymięliśmy tutaj niewiele to tez niewiele straciliśmy.
Ku przestrodze, jeśli przekraczanie granice w Isebanie, miejcie super ograniczone zaufanie do każdego, a zwłaszcza do tych, którzy są podejrzanie mili, bo prawdopodobnie z przyklejonym do twarzy uśmiechem kalkulują jak i kiedy wyszarpnąć z Ciebie kilkadziesiąt dolarów.
WSZYSTKO NA JEJ GŁOWIE
Już na pierwszy rzut oka widać spore różnice między Kenią a Tanzanią. Odmienne budownictwo, tutaj jakby bardziej przemyślane, dopracowane, prezentuje się zdecydowanie lepiej aniżeli straszące blaszane baraki „zdobiące” Kenię. Różnice widać nie tylko w architekturze ale również i strojach. Barwne suknie i masajskie stroje tworzą klimat, który znamy z filmów typu „Duch i mrok” i które cieszą nasze złaknione afrykańskich klimatów oczy.
Niezwykłe, niemalże nadprzyrodzone umiejętności posiadają tutejsze kobiety, których błędnik osiągnął chyba apogeum swoich możliwości. Na mnie tj osobie, która niestety potyka się o własny cień, kobiety noszące wszelakie ciężary na głowie i to bez sekundy zawahania, robią duże wrażenie. Począwszy od ciężkich worków wypełnionych mąką, po ogromne kiście bananów, wiadra z wodą a nawet walizki; wszystko to znakomicie trzyma się na głowach kobiet, które z kocią lekkością kroczą przed siebie. Na głowach noszą wszystko, co w danej chwili jest ich źródłem dochodu, niezależnie od tego czy jest to coś do jedzenia czy tez np. buty.
Ciekawe, że w tym czasie kiedy kobiety dźwigają cały swój dobytek, mężczyźni często siedzą w cieniu pod drzewem, czekając na …no właśnie nie wiadomo na co. Być może jest to oczekiwanie na nigdy nie nadjeżdżający autobus, a może na natchnienie, nie wiadomo, ale stan bezruchu, żeby nie powiedzieć bezczynności, to zajęcie wielu Kenijczyków i Tanzańczyków. Wszystko zgodnie z zasadą „pole, pole”, tj powoli powoli, która najwidoczniej zdominowała również chęć podjęcia jakiegokolwiek działania.

WIELKA PIĄTKA
Jeśli Afryka to oczywiście safari. Miejsce obowiązkowe dla każdego, niezależnie czy jest to turysta wybierający na przystań luksusowe hotele czy też backpacker.
Lwa zobaczyć pragnie każdy.
Ogrom zwierząt, które udało się nam zobaczyć w Serengeti przekroczył wszelkie nasze oczekiwania.
Zanim wybierzecie się na safari, warto dowiedzieć się czy zwierzęta przebywają aktualnie w Keni w parku Masaj Mara, czy też przewędrowały do tanzańskiego Serengeti. Zwierzęta migrują zgodnie ze zmianą pór roku z jednego kraju do drugiego, pod warunkiem, że nikt im w tym naturalnym procesie nie zaszkodzi.
Jak się zapewne domyślacie Kenijczycy i Tanzańczycy nie przepadają za sobą, między innymi przez ciągłą rywalizację o to migrujące bogactwo naturalne. Od lokalnych mieszkańców wiemy, że kilka lat temu Tanzańczycy zapalili ogniska na granicy po to aby zaburzyć migracje i zmusić zwierzęta do pozostania w ich kraju.
Biedne słonie i żyrafy, nawet nie wiedzą jak silną kartą przetargową są w rywalizacji o turystę. A jest o kogo walczyć.
Safari to niezły biznes i każdy chce wyciągnąć z niego ile tylko się da.








KASA KASA KASA
Safari to miejsce obowiązkowe, ale niestety nie da się ukryć, że jedno z najdroższych w Afryce.
Płacisz za wstęp ( 60 $/os) do parku, przymusowo płacisz za nocleg, nawet jeśli nie chciałbyś tutaj zostać na noc ( 30 $/os za kawałek gleby, na której możesz rozbić namiot), za samochód płacisz kwotę zależną od tego czy jest to auto z kraju czy z zagranicy. My przyjechaliśmy z Keni, kenijskim wehikułem wiec płacimy dodakowe 40 usd. Oczywiście podane kwoty są kwotami za dzień. Nie dziwne więc, że każdy chce abyśmy kontemplowali uroki miejsca jak najdłużej, najlepiej minimum 3/4 dni.
Czy jednak konieczne jest safari czterodniowe? Jeśli macie odrobinę szczęścia to w ciągu dwóch dni zobaczycie wszystko co zobaczyć warto. Kolejne dwa dni sprawiłyby, że widok czterdziestego lwa i trzy tysięcznej zebry nie cieszyłby już tak bardzo jak za pierwszym razem; a uwierzcie nam, zwierząt w Serengetti jest mnóstwo.
Dzikie koty, zebry, antylopy gnu, bawoły, słonie, żyrafy. To wszystko można podziwiać z bliska bez ingerencji w naturalny rytm życia zwierząt. Czasem można odnieść wrażenie, że zwierzęta niewiele sobie robią z przejeżdżających obok jeepow, przechodząc tuż przed maską samochodu lub kładąc się na środku drogi.
Safari to wyprawa dla ciepliwych. Czasem trzeba dobrych kilkudziesięciu minut wyczekiwania, aż któryś z dzikich kotów wstanie i ruszy przed siebie. Jeśli masz więc naturę nerwusa, zabierz ze sobą coś na uspokojenie i bo cały afrykański świat działa „pole pole”.


WREDZIOLE NA GRANICY PARKU
Afryka to kraj cudowny, pełen pięknych miejsc, wspaniałych ludzi ale też i tutaj trafiają się wyjątkowe wredne typy . Niestety w miejscu gdzie kraj wysysa z nas najwięcej kasy, tj w parkach, spotykamy się też z największa…hmmm no właśnie ciężko znaleźć słowo. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy niewidzialni, czy to w kolejce ( wszyscy nas omijają jakbyśmy tam w ogóle nie stali) czy też lokalnej małej wiosce Serengeti gdzie w barze (pozdrawiamy panią z Rhino bar) pani nie zauważa nas i trzeba poprosić naszego przewodnika, żeby coś dla nas zamówił. Podobnie jest na granicy parku Serengetti z Ngorongoro. Urzędnik mający wszystko w nosie, łącznie z wyjaśnieniem nam cennika i oburzający się że nie chcemy tak ot zapłacić 500$ za przejazd przez park, potrafiłby podnieść ciśnienie nawet największemu stoikowi. W takich sytuacjach trzeba wziąć bardzo głęboki oddech, ponieważ nerwy tylko pogarszają sytuacje. Na szczęście sytuacje taka jak te, to tylko wyjątki, a może to my z czasem uczymy się je ignorować, skupiając się na tych, którzy nastawieni są do nas i do życia bardziej pozytywnie. Na szczęście takich na naszej dalszej drodze nie brakuje.








MZUNGU NA DRODZE
Nie da się je ukryć, że poza ww drobnymi wyjątkami, w których stajemy się niewidzialni, w większości wypadków świecimy na drodze niczym diody. Co ciekawe, miejscowi są w stanie wypatrzyć nasze białe ciała czasem z odległości kilometra, pomimo tego, że siedzimy w samochodzie. Zależnie od regionu to zainteresowanie ma różny cel. Czasem widzą w nas tylko kasę, czasem jest to zwyczajne zaciekawienie, a czasem chęć dotknięcia białej skóry. W każdym razie do wszystkiego można się przyzwyczaić i po jakimś czasie nie dziwią nas ani ciekawskie ani wrogie spojrzenia. Interesujące jest jak bardzo miejsce zamieszkania determinuje nastawienie do białych. Przykładowo w większości małych wiosek ludzie przyjaźnie uśmiechają się i zerkają z zaciekawieniem. W miastach jesteśmy już MZUNGU, z którego można wyssać kilka dolarów. Niezależnie od miejsca i od celu zainteresowania, śmiało mogę stwierdzić, że poznany przez nas afrykański skrawek świata w nosie ma poprawność polityczną i równouprawnienie. Większość z poznanych przez nas ludzi była rasistami, w większym lub mniejszym stopniu, zupełnie się z tym nie kryjąc.

MASAJSKA WIOSKA
Jeśli zastanawiacie się czy będąc w Afryce warto odwiedzić wioskę Masajów, to mówimy jednogłośnie: nie wahajcie się. Owszem, niektóre wioski są przygotowane na przyjęcie turysty do tego stopnia że mają ( oczywiście odpłatnie) przygotowany program artstyczny, to pomimo wszystko zdecydowanie warto. Krótka wizyta w wiosce pomoże Wam głębiej zanurzyć się w specyfikę, tak odmiennego od naszego, życia tutejszej ludności. Począwszy od małych chatek, budowanych z gałęzi, gleby i krowiej kupy ;), przez dietę zupełnie pozbawioną warzyw, po cykl dnia, który niczym nie przypomina dnia zabieganego europejczyka, wszystko zaskakuje i uczy. Dla ciekawych pozostawiamy kilka krótkich informacji:
*Park Ngoro Ngoro oraz Masaj Mara to dom rodzinny Masajów których populacja liczy ok 700 tyś.
*Tradycyjnie życie Masajów skupia się wokół bydła, które stanowi główne źródło pożywienia. Miarą bogactwa mężczyzny jest liczba dzieci i bydła. Stado składające się z 50 sztuk jest już godne szacunku, a im więcej dzieci, tym lepiej. Mężczyzna, który ma wiele dzieci i nie ma bydła, lub odwrotnie, jest uważany za biednego. Według wierzeń Masajów Bóg podarował im całe bydło na świecie. Dlatego kradzież bydła od innych plemion jest tylko odbieraniem swojej własności.
*Aby pozostać prawdziwym wojownikiem, trzeba umieć tańczyć i wysoko skakać. Jeśli nie potrafisz żadnej z tych rzeczy jesteś wg masajów lokalnym gamoniek, któremu ciężko będzie znaleźć żonę.
*Większość Masajów, chodzi w włąsnorecznie robionych sandałach, wykonanych z opon. Ich żywotność to nawet 40lat. Jak widać nie liczą się trendy, tylko i wyłącznie praktyczne zastosowanie.
*Tradycyjny masajski dom jest skonstruowany dla ludzi, którzy ciągle się przemieszczają, więc jego trwałość jest bardzo mała. Manyatty (chaty) mają kształt owalu lub koła i są budowane przez kobiety.
*Masajowie mają silne poczucie wspólnoty, co pozwala im dobrze działać zespołowo. Dzięki temu czują się silni. Każdy członek społczności jest odpowiedzialny za poprawne jej funkjconowanie.



PLACISZ ZA WSZYSTKO
Jeśli wybieracie się do Afryki bądźcie przygotowani na to, że płacić będziecie musieli niemalże za wszystko. Sowite opłaty za safari to powiedzmy rzecz normalna, opłaty za przepłyniecie łodzią również, jednakże są miejsca takie jak Chala LAKE gdzie pomimo konkretnej opłaty za wjazd na teren parku (40usd) okazuje się, że nie można zejść nad jezioro jeśli nie wniesiesz kolejnej opłaty za możliwość wejścia na ścieżkę prowadzono prosto do wody. Szaleństwo. Oczywiście biały płaci za wszystko pięciokrotnie więcej niż mieszkaniec Afryki.

DZIECI
To tutaj zdecydowanie najmilsze istotki. Pomimo tego, że niektóre z nich od najmłodszych lat wpojone mają, że biały to kasa albo słodycze, biegają za nami wołając „give me my money’ lub „give me my sweets” , to i tak w większości przypadków zawsze skore do uśmiechu sprawiają, że inaczej patrzy się na cały tutejszy świat. Podczas naszej podróży spotkaliśmy ogrom dzieciaków, pracujących, biednych, bogatych, lub tych z domu dziecka. Trafiliśmy również do jednej z najbardziej potrzebującej szkół w okolicy. To do niej trafiły pomoce szkolne, które zabraliśmy za sobą, a które i Wy pomogliście nam uzbierać. Wdzięczne i szczęśliwe dzieciaki zaśpiewały dla nas tanzańską piosenkę, która wzruszyła nas do łez. Nie da się ukryć, ze podróżowanie zmiękcza nasze i tak już wrażliwe serducha.


Z powyższego tonu wynikać może, że afrykańczycy są jedynie wrogo usposobionymi łapówkarzami. Na szczęście to nie prawda.
Na naszej drodze stanęło wielu ludzi o wielkim sercu. Jednym z nich był Stin. Mieszkajacy w Usa River, prowadzący lokalny dom dziecka Tanzańczyk dał nam możliwość odwiedzenia swojego ośrodka. Placówka założona przez amerykankę Davonę Church, teraz prowadzona przez wolontariuszy z całego świata, to cudowny dom dla ok 30 dzieci. Ośrodek utrzymuje się głównie z darowizny ludzi, ale zarządzany jest tak dobrze że wywarł na nas naprawdę ogromne wrażenie. To tutaj trafiają dzieci porzucone na ulicy lub znalezione w buszu. Najmłodsze maleństwo ma zaledwie 5 tygodni, najstarsze 4 lata. Ośrodek nieustannie poszukuje najlepszych rodzin, do których dzieci trafiają do rodzin adopcyjnych.. Jeśli mielibyście ochotę pomóc dzieciakom dajce znać, a skontaktujemy was z managerem domu dziecka, lub zajrzyjcie tutaj.


MAGIMOTO KIKURETWA
Jeśli macie dosyć panującej tutaj temperatury i pragniecie zakosztować raju, gorąco polecamy źródła na rzece Kikuretwa. Gorące źródła to miejsce o lazurowo czystej wodzie, która choć gorąca jest głównie z nazwy to nadal jest świetnym miejscem, w którym można zaszyć się na cały dzień. Po kilku dniach z grafikiem napiętym do granic możliwości, chillout przy źródłach to dla dla wszystkich genialna odmiana. Trzeba się liczyć z tym, że jest to miejsce na tyle popularne, że gromadzi wokół siebie sporo ludzi. Dla tych, którzy preferują kameralny wypoczynek polecamy przybyć o świcie lub tuż przed zachodem słońca.




FILIŻANKA KAWY
Uwielbiam gdy ludzie swoją pozytywną energią są w stanie zarazić otoczenie i nakłonić do szczerego śmiechu. Takim właśnie dobrym duchem o znakomitym poczuciu rytmu okazał się być Emanuel, przewodnik wioski Materuni w Tanzanii. Emanuel w towarzystwie swoich równie utalentowanych kompanów wprowadził nas w tajniki zaparzania prawdopodobnie najlepszej kawy na świecie. Od ziarenka, po proces młócenia, następnie prażenia na ogniu i mielenia. To wszystko przy pomocy naszych rąk, w towarzystwie rytmicznej, tradycyjnej pieśni przypominającej suahilijski hip hop. To miejsce, w którym naładujesz się energetycznie nie tylko dzięki działaniu kawy, ale przede wszystkim dzięki afrykańskim rytmom. Wioska Materuni to dom plemienia Chagar, odwiedzić ją można jadąc piękną, zaskakująco zieloną trasą, ok 40 minut od Moshi. Jest to jedna z wiosek, w których mieści się plantacja kawy Arabia organika i której odwiedzenie polecić możemy z czystym sumieniem.






CZY WARTO
Przyszedł czas na maleńkie podsumowanie.
Będzie krótko bo i tak podziwiam wszystkich za przebrnięcie do końca tego tekstu.
Czy warto było zaszaleć, kupić spontanicznie bilet i oddwiedzić ten mały skrawek czarnego lądu?
Pomimo wszystkich wspomnianych tutaj „ale” bez wątpienia TAK.
Nigdzie indziej, tylko tutaj poczujesz się tak wyjątkowy.
Nigdzie nie zobaczysz tak wielu pięknych dzikich zwierząt i nigdzie też nie zjesz tak dobrych frytek w jajku jak tutaj. 🙂




