Sri Lanka zwana łzą Indii jest krajem wielokulturowym, wieloreligijnym i skrywającym ogrom świętych miejsc, do których uwielbiają pielgrzymować wierni. Są to zarówno wyznawcy Buddy jak i wielbiciele hinduistycznego boga Śiwa.
W okolicach miasta Dambulla lub mniejszego i bardziej kameralnego miasteczka Habarana podziwiać można miejsca kultu, do których tłumnie i ochoczo wędrują dumni Lankijczycy.
Wybierając ten kraj jako jeden z punktów naszej 9 miesięcznej podróży, postanowiliśmy przyjrzeć się z bliska kilku uwielbianym przez mieszkańców Dambulli i okolic miejscom.
ZŁOTY BUDDA I ŚWIĄTYNIE WYKUTE W SKALE
Buddyści są ogromnie dumni ze swoich świątyń, a co za tym idzie ze swojego Buddy. Noszą go nie tylko w swoich pełnych otwartości sercach, ale również w miejscach codziennego obcowania. Podobiznę Buddy znaleźć można niemalże wszędzie, począwszy od mini posążku na masce samochodu, po gigantyczne figury stojące tuż przy drogach.
Dambulla szczyci się swoim złotym olbrzymem, sięgającym ok 30m wysokości, czuwającym przy wejściu do świątyń wykutych w skałach, zwanych Rangiri.
Szczerze, po kilkudniowej eksploracji birmańskich świątyń Baganu, zwiedzanie kolejnych nie leżało w strefie marzeń naszych dzieciaków. Cóż jednak począć, skoro upierdliwi rodzice wysiedzieć na miejscu nie potrafią.
Z Habarana do Dambulla przedostać można się za sprawą miejskiego autobusu, którym jazda jest atrakcją samą w sobie. Czerwony autobus, pełen zaciekawionych nami ludzi, wypełniony powietrzem w temperaturze zdecydowanie przekraczającej strefę komfortu, gnał niczym strzała do celu.
Lankijscy kierowcy autobusów charakteryzują się tym, że spieszą się zawsze i wszędzie, wyprzedzając wszystkie możliwe pojazdy.
Szkoda im również czasu, na zbyt długie zatrzymywanie się na przystankach, w efekcie czego szybko trzeba opanować umiejętność wyskakiwania z wehikułu. Na szczęście drzwi otwarte są zawsze, co nie tylko umożliwia oddychanie ale i również desperackie wyjście z progu, jeśli jakiś gapa zapomnij o swoim przystanku.


Autobusy żyją swoim życiem. Co chwila ktoś wsiada, z naręczem przysmaków pokrzykując i sprzedając je pasażerom, to znowu ktoś inny z instrumentem, przygrywając smutne melodyjki, celem zmiękczenia ludzkich serc i wyciągnięcia od nich kilka rupi.
Szczęśliwie dotarliśmy pod samą świątynię, wyskoczyliśmy zgrabnie z pojazdu nie łamiąc sobie przy tym nóg i ruszyliśmy w stronę Buddy giganta.

RANGIRI
Rangiri czyli po lankijsku „słota skała” to kompleks świątyń wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Po zakupieniu biletów czekała nas wspinaczka po schodach na szczyt wzniesienia, na którym znajduje się miejsce kultu. Choć trasa nie była jakaś wybitnie trudna, to jednak w panującej tropikalnej aurze cieszyliśmy się, że jesteśmy sami, a co za tym idzie, możemy robić sobie dowolną ilość przystanków i przerw. Konkretnie rzecz biorąc, ja cieszyłam się z tego najbardziej, bo 9 letnie zwinne ciałko, jakoś nie miało z pokonywaniem schodów problemu.
Po drodze, ku naszej uciesze towarzyszyły nam liczne makaki, wiecznie skupione na poszukiwaniu resztek jedzenia i przyglądające się czy i my przypadkiem czegoś dla nich nie mamy. Nie mieliśmy. Świadomi tego do czego te pozornie niewinne zwierzaki są zdolne, woleliśmy pozostać z nimi w chłodnej relacji, bez spoufalania się.
Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na szczyt, na którym podziwiać można dumę Dambulli.


Miejsce to powstało w I w p.n.e., dzięki królowi Valagambahu. Po zwycięstwie nad Tamilami wygnany król ukrywał się w jaskiniach przez 14 lat, a po odzyskaniu tronu, w ramach podziękowań postanowił w tym miejscu utworzyć buddyjskie świątynie.
Obecnie miejsce składa się z 5 grot, w której mieści się ok 150 wizerunków Buddy.
Poza wizerunkami Buddy, można znaleźć tam liczne freski oraz podobizny bogów hinduistycznych, co jest kolejnym dowodem na to, że Sri Lanka to nie tylko kraj multi religijny, ale również i bardzo tolerancyjny. Budda stojący obok Śiwy wydaje się nie mieć nic przeciwko tej boskiej konkurencji.

Szkoda, że ceny biletów dla turystów są jak zwykle 3 krotnie wyższe, szkoda że świątynia to miejsce, w którym skasują cię poza biletem również za pilnowanie butów i pożyczenie szmatki zasłaniającej kolana. Sumy te oczywiście nie są wygórowane, jednak wracając pamięcią do birmańskiego Baganu wiemy, że można inaczej.
Jakie wrażenie zrobiły na nas słynne świątynie wykute w skale?
Dyplomatycznie odpowiem, że dla miłośników historii i religii buddyjskiej miejsce to zapewne jest bardzo ciekawe.
SIGIRIYA CZY PIDURANGALLA?
Po tym jak nie weszliśmy na Adam’s Peak ( o czym można przeczytać tutaj), nie było już mowy o kolejnych rezygnacjach.
Czekały na nas zatem dwie słynne skały okolic Środkowej Sri Lanki- Sigirija zwana Lwią Skałą oraz Pidurangalla.
Sigiriya czyli Lwia Skała
Mieszkańcy Sri Lanki całym sercem rekomendują ich ukochaną górę SIGIRIYA, na której znajdują się ruiny starożytnego pałacu i twierdzy, zbudowanych podczas panowania króla Kassapy (473–491).
Skała sięga ok 180 m i jest jednym z siedmiu miejsc w Sri Lance, mieszczącym się na liście światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.
Jak się okazuje, Lankijczycy uwielbiają ułatwiać swoim pielgrzymom dotarcie się na wszelkie znaczące dla nich szczyty, budując setki schodów prowadzących do celu. Wspinaczka po nie małej ilości stopni ( jest ich około 750) nie jest może ekscytująca, ale przy temperaturze ok 32 st.C i pełnym słońcu nie należy do banalnych. Pomimo, iż wyruszyliśmy o świcie spotykamy na miejscu tysiące ludzi, którzy krok po kroku pokonują wąskie metalowe schodki. Pomimo pozornie niedużej wysokości trzeba dozować zmęczenie, ponieważ sami byliśmy świadkami zasłabnięcia i dość nieciekawych konwulsji będących efektem przemęczenia jednego z turystów.


Na początek krztyna historii.
Sigirija podobno jest rdzeniem wygasłego wulkanu, co oznacza, że kiedyś w tym miejscu stał wulkan, którego części pod wpływem czynników atmosferycznych uległy erozji, a pozostały rdzeń to właśnie Lwia Skała.
Idąc na górę trzeba mieć się na baczności ponieważ w szczelinie skały znajdują się gniazda szerszeni, o czym wspominają liczne ostrzeżenia na trasie. Szerszenie, lub raczej dzikie pszczoły już nie raz zaatakowały turystów, co jednak zupełnie nie przeszkadza zarządcom Lwiej Skały do wpuszczania kolejnych setek, dzielnie wspinających się pod górę podróżników.
Historia Sigiriyi czyli Lwiej Skały, przypomina inspirację Gry o Tron.
Legenda głosi, że miejsce to było twierdzą, w której tradycyjnie toczyła się walka o władzę. Dhatusen miał dwóch synów: starszego Mogallana, który był prawowitym następcą tronu, oraz młodszego Kassapę. W 473r młodszy syn zgładził panującego króla, starszy zaś podczas zamieszek uciekł do Indii i poprzysiągł zemstę na bracie. Kassap, który przejął władzę, obawiał się braterskiego odwetu więc postanowił zbudować twierdzę w niedostępnym miejscu. Tak też uczyniono. Zbudowano fortecę, której wyposażenie pozwalałoby przetrwać kilkumiesięczne oblężenie. Całość zawierała liczne spichlerze, zbiorniki na wodę i wiele fortyfikacji, które miałyby uchronić Kassapa przed oblężeniem. To jednak nie wystarczyło. Rządny zemsty brat wrócił po 18 latach, doprowadzając do klęski Kassapa, który ostatecznie pokonany popełnił samobójstwo.
Co na szczycie?
Poza przyjemnym wiatrem, który w panującym upale jest na wagę złota, na szczycie podziwiać można szczątki twierdzy, piękne freski ukazujące pół nagie kobiety (co wskazuje na to, że Kassap zupełnie nie przejmował się buddyjskimi zasadami wyzbycia się cielesności) oraz piękna panoramę okolicy.
Niestety monotonia schodów i przelewające się tam i z powrotem tłumy ludzi, odbierają temu miejscu urok. Jest jeszcze jeden słaby punkt programu. Jest nim wysoka, zdecydowanie zniechęcająca cena za wejście.

Pidurangala
Drugie ze wzniesień nieopodal Sigiriji, to kryjące się troszkę w jej cieniu wzniesienie zwane Pidurangala. Nikt nie polecał nam szczególnie tej skały ponieważ dla mieszkańców Habarany to Siguriya jest tą, na której powinno się koncentrować swą uwagę.
Pomimo to postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia zdobyć drugi szczyt, tym razem z nadzieją na złapanie zachodu słońca.
Tutaj sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Bilety wstępu są w bardzo niskiej cenie, zamiast tłumów towarzyszyła nam garstka ludzi, a metalowe schody zastąpiły kamienne stopnie, naturalnie komponujące się we wzniesienie.
U podnóża skały znajduje się mała świątynia i miejsce kontemplacji dla mnichów.
Ścieżka wiodąca na szczyt serwuje kilka ciekawych wąskich przesmyków, przez które trzeba się prześlizgnąć, aby dotrzeć do celu. A co na górze?
Nie ma ruin, nie ma tłumów, wieje cudowny wiatr, który w tej temperaturze jest prawdziwym zbawieniem i są widoki. Jakie? Sami oceńcie.





