LOKALNA WYSPA HANGNAAMEHDOO
Opuszczając Sri Lankę, nieśliśmy ze sobą poza 100kg bagażem, również i ogrom emocji.
Z jednej strony niemały żal, że pozostawiamy za sobą jedno z fajniejszych miejsc na ziemi, z drugiej zaś ogromną ekscytację, że przecież lecimy do raju; do miejsca które wyzwala w ludziach niezmiennie te same reakcje- westchnienia, zachwyt, tęsknotę lub zazdrość. Przyznam szczerze, że dawno nie byliśmy tak podekscytowani jadąc w nowe miejsce i to chyba był nasz kardynalny błąd.
Ale…po kolei

O czym powinniście wiedzieć wybierając lokalną wyspę.
- Całkowity brak alkoholu.Jeśli zimne piwo jest Twoim priorytetem wakacyjnym, lokalna wyspa zdecydowanie nie będzie miejscem dla Ciebie. Pomimo, iż obecnie na Hangnaamedhoo mieszka 300 obywateli nie znajdziesz nawet kropli alkoholu ( też nie mogę uwierzyć w brak jakiejkolwiek szarej strefy), co w takim klimacie i z takim trybem życia jaki prowadzą tutejsi ludzie wydaje się nieprawdopodobne.
- Nawet jeśli cały rok trenowałeś sylwetkę i jesteś dumny ze swojej rzeźby, tutaj jej nie pokażesz, zwłaszcza jeśli jesteś kobietą. Na wyspie panuje zakaz poruszania się w bikini ( poza bikini beach), krótkich spodenkach i bluzeczkach na ramiączkach. Mówiąc w skrócie, będąc gościem wypada dostosować się do tutejszych obyczajów, którym jest przysłaniania ciała. Zasada ta z pozoru logiczna, wywołuje ogromny opór przy panującej tutaj temperaturze. 32 stopnie i długie spodnie gryzą się ze sobą, ale dla chcącego nic trudnego. Część turystów ( a na wysepce była ich garstka) miała te zasady głęboko w poważaniu i również nie zostali zlinczowani, przynajmniej nie oficjalnie. My staraliśmy się dostosować do reguł, choć ku ogromnemu zasmuceniu, nie wiązało się to z ani odrobinkę większą sympatią ze strony mieszkańców
- Plaża bikini. Jadąc na wyspę byliśmy świadomi, iż lokalni mieszkańcy nie chcąc urazić Allaha kąpią się w pełnym ekwipunku. Zresztą tak jest zarówno w Malezji, na Sri Lance i częściowo w Birmie, choć tam pewnie robią to dla Buddy. Wiedzieliśmy również, że na wyspie będzie plaża, przeznaczona dla turystów, na którą zwyczajnie lokalsi nie chadzają, aby nie siać w społeczeństwie ogólnego zgorszenia. Przed wyborem wyspy, warto poszukać opinii o tym, jak w rzeczywistości wygląda „bikini beach”, ponieważ, może spotkać Was niemałe zaskoczenie.
JAKA JEST HANGNAAHMEDOO?
Maleńka wysepka z ok 300 mieszkańcami to miejsce bardzo wyjątkowe. Jest to jedna ze spokojniejszych wysp Malediwów, z niewielką liczbą turystów, czterema sklepami, trzema barami, jedną mini przychodnią, szkołą i dwoma meczetami.
To wszystko; bo czego w sumie więcej do szczęścia potrzeba.
Na wyspie jest jeden motocykl ( pomimo, iż przejście wyspy dookoła zajmuje maximum 15 minut), jeden skuter i kilkadziesiąt małych rowerów. Dzięki temu, nie ma tutaj spalin (samochodowych), a jedyny hałas generują wszędobylskie kruki i wrony oraz piszczące z radości dzieci, podczas regularnych rozgrywek piłki nożnej.
Wyspę ozdabiają piękne drzewa chlebowe i palmy kokosowe, które są domem dla tysiąca wron i nietoperzy.
Dzięki malediwskim „latającym lisom” ( z ang.”flying fox” ) oswoiliśmy się z widokiem nietoperza giganta, którego rozpiętość skrzydeł sięga 1,5m.
Nietoperz zwany rudawką wielką, w odróżnieniu od pozostałych nietoperzy nie ma zmysłu echolokacji, więc nie potrafi latać w całkowitej ciemności. Ma za to świetny słuch i wzrok.

Wyspa Haangnaemedhoo ma kilka plaży, z białym drobnym piaseczkiem, turkusową wodą i otaczającą całość rafą.
Wszystko to wygląda, jak mały skrawek raju, bo takim byłoby to miejsce, gdyby nie małe „ale”.



No właśnie. Ten cudowny raj, o którym trąbią wszystkie turystyczne foldery, który z lotu ptaka wygląda oszałamiająco, ma swojego niczego chyba nieświadomego, lub może łagodniej rzecz ujmując, bezradnego pasożyta.
Pasożyt ten zmienia idealny skrawek ziemi w śmietnisko i to jest jedna z najsmutniejszych rzeczy jakie ostatnimi czasy widzieliśmy.


PLAŻA BIKINI NA WYSPIE
To tutaj spotkało nas pierwsze, smutne rozczarowanie.
Plaża bikini przeznaczona dla turystów, to maleńki skrawek ( ok 40m) piasku, oddzielony czarną siatką od reszty plaży. Zamiast białego piaseczku, leży na niej sterta leżaków, z których niektóre bardziej wołają o ratunek, aniżeli spełniają swoją rolę.
Witaj polska plażo, gdzie trzeba walczyć o miejsce dla siebie, bo niestety tutaj biały „grzesznik” nie może położyć się na pozostałej części plaży, która należy już do mieszkańców.

Rozpieszczeni totalnie pustymi plażami Ngapali w Birmie i Nilavelli na Sri Lace, czujemy się jak w ukrytej kamerze, niedowierzając, że to naprawdę jest TO?
Jakby to powiedziała babcia najlepszego z mężów- w dupach się nam poprzewracało i oczekujemy nie wiadomo czego.
No tak. Oczekiwaliśmy zdecydowanie zbyt wiele 😉
Na nasze szczęście, podczas naszych 10 dni na wyspie, pogoda była średnio plażowa, więc bywaliśmy na niej stosunkowo rzadko. Dodatkowym rozwiązaniem sytuacji jest popłynięcie promem na sąsiednią wyspę Ohmaadhoo, na której bikini beach wygląda dużo rozsądniej. Również odgrodzona jest od pozostałej części plaży, ale przestrzeń ta jest 4krotnie większa i atrakcyjniejsza aniżeli na Handnaamedhoo.

TURKUSOWE WODY MALEDIWÓW
Czy kiedykolwiek chciało się Wam płakać na widok plastikowej butelki, czy reklamówki?
Jeśli nie, wybierzcie się na Malediwy. To kraj, w którym zdarzają się prawdziwe „cuda”.
Najczystsza woda jest równocześnie tą najbrudniejszą, najpiękniejsze plaże są równocześnie tymi najbrzydszymi, a cudowni ludzi są równocześnie bardzo średnio sympatycznymi.
Jak to możliwe?
Malediwy to kraj niezwykły z niezwykłymi dla nas problemami. Dostęp do pitnej wody, opieka medyczna, czy właśnie gospodarka śmieciowa, to podstawowe problemy z jakimi tutejsi ludzie borykają się na co dzień.
W efekcie ostatniego problemu, na każdej wyspie znajdziecie sterty śmieci, które częściowo lądują w wodzie, częściowo są spalane, a częściowo wywożone są na specjalną wyspę służącą za wysypisko.
W zderzeniu z idealną florą i fauną, dryfujące w wodzie śmieci, czy też ozdabiające plaże owoce ludzkiej bezradności (czyt.bezmyślności), dają po oczach bardziej niż gdziekolwiek indziej.
Uliczki wioski są stosunkowo czyste, niestety z wodą bywa różnie. Zależnie od prądów morskich, czasem pływasz tutaj z rybkami, a czasem z rybkami i…….. sterą plastiku, desek, czy resztek obiadu. Nigdy więc nie wiadomo, czy po relaksacyjnym brodzeniu w wodzie nie wypłyniesz z kawałkiem kapusty na głowie (dosłownie), plastikowym widelcem we włosach, czy też z przyklejonym do twarzy styropianem.
Smutne to, przerażające i obrzydliwe.
„SAND BANK” CZYLI LOKALNY BUSINES
Turystyka to główna gałąź gospodarki na Malediwach, dostarczająca 77% wartości PKB.
Małe lokalne wyspy, w przeważającym stopniu utrzymują się z turystyki, choć wygląda to zupełnie inaczej, aniżeli w innych odwiedzanych przez nas miejscach Azji.
Dotychczas wiadomo było, że niemalże każdy jest wszechmocny i może załatwić wszelkie „atrakcje”, bo ma znajomości, bo ma łódkę, bo ma ogromne chęci na zarobienie kilku dolarów. Tutaj, na wyspie, panuję dziwna zmowa milczenia, przez co na organizację jakiejkolwiek aktywności na wyspie monopol mają resorty.
Nie byłoby to w żadnym stopniu problematycznie, gdyby nie fakt, że chyba ich, mówiąc kolokwialnie, porąbało z tymi cenami.
Średnia cena za 3h wyprawę na wyspę z możliwością snorklingu to 80$ za osobę. Dotychczas w całej Azji za naszego kudłatego, blond włosego ośmiolatka płaciliśmy pół ceny, a wielokrotnie organizator widząc jego posturę pozwalał mu na darmowe korzystanie z atrakcji. Tutaj nikogo nie interesuje, czy uczestnikiem jest dziecko czy dorosły; bo biznes to biznes.
Postanowiliśmy poszukać ratunku wśród mieszkańców wioski. Niestety, dziwnym trafem nikt nic nie wie, nikt nie może niczego zorganizować i wszyscy na tę samą modłę powtarzają, że to tylko nasz guest hous może nam pomóc.
Bardzo nietypowe jak na Azję, uwierzcie nam na słowo.
Jeśli utkniecie w tym skrawku raju, w którym w gruncie rzeczy nie ma co robić, to koniecznie popłyńcie promem na wyspę Ohmaadhoo. Tam ceny snorklingu są zdecydowanie rozsądniejsze, choć sam snorkling nie różni się zbytnio od tego tuż przy plaży.


Jeśli poza snorklingiem zapragniecie odwiedzić maleńką bezludną wysepkę z białym jak śnieg piaseczkiem, nie poddawajcie się. Choć początkowo wszyscy mieszkańcy wyspy lojalnie milczą w sprawie znajomości kogokolwiek kto mógłby nas na nią przetransportować, w końcu miękną.
Po 9 dniach naszego pobytu na wyspie, po oswojeniu mieszańców z naszymi białymi ( teraz już bardziej żółto czerwonymi ) gębami, okazało się, że warto było zapytać ten ostatni raz. Po kilku minutach dyskusji nagle okazuje się, że jednak jest ktoś kto ma motorówkę i może nas na wysepkę zawieźć i co najfajniejsze, nie za 800 zł ale za 120.
Ufff. Notabene, wysepka genialna, zwłaszcza gdy sprzyjające nam prądy morskie przedryfują wszelkie śmieci na inny zakątek tego świata.







