Słońce?
Dużo słońca, fale i kudłaczek szukający nieistniejącej rafy.

Miałam pracować, ale „niestety” trzeba dziecka pilnować, bo niby pływać potrafi, a mimo to strach pozostawić go samego w wodzie. Jest to więc doskonały moment na uzupełnienie braków „blogowych” i pozbieranie myśli, a przyznam szczerze, że nie łatwo się je zbiera gdy wokół jest tak przeokropnie pięknie i poza bujaniem w obłokach nie ma sił na nic innego.
Tu byłby doskonały moment aby ponarzekać na bolesną konieczność przerabiania z młodym materiału szkolnego i jego oportunistyczne nastawienie ( któremu grzech sie dziwić) ale myślę, że o „udrękach” podróżowania z dziećmi napiszę innym razem.
Tymczasem jest bosko i wiem, że wszyscy którzy teraz są w Polsce i mają -5 stopni, nienawidzą nas za te ochy i achy, ale trudno;
My za to w tym roku nie pojedziemy na narty. Takie życie. 😉
Wreszcie jesteśmy w miejscu, o którym marzyliśmy od roku, a właściwie to od momentu, w którym podjęliśmy decyzję o podróży.
Patrząc na miniony czas nie mogę uwierzyć, że tak bezlitośnie nam topnieje. Pędzi z taką prędkością, że momentami przeraża mnie świadomość, że jeszcze niedawno realizacja naszej szalonej wizji to były tylko mrzonki.
Wniosek nasuwa sie jeden. Nie ma na co kurza stopa czekać, tylko trzeba brać się za spełnianie swoich marzeń, bo w innym wypadku ockniemy się w trumnie z przykrą myślą, że jednak czekaliśmy zbyt długo.
Porzućmy te egzystencjalne przemyślenia i wróćmy na Koh Chang.

Koh Chang początek
Początkowe dwa dni spędzone w bardzo turystycznej części Koh Chang przyniosły nam lekkie rozczarowanie i myśl, że nie ma już na tym świecie miejsc nie zasypanych turystami, zwłaszcza z Rosji i Chin.
(Aż nie chce się wierzyć, że jest to jedna ze spokojniejszych wysp Tajlandii)
Chilijska bezludna Atacama to jednak miejsce idealne dla mnie, szkoda tylko, że temperatury tam takie niezrównoważone.
Północna część Koh Chang i okolice White Sand Beach i Klong Prao to w gruncie rzeczy resort na resorcie i sklep na sklepiku. To prawdziwy raj dla miłośników deptaków i plażowania. Niestety ta część wysypy jakoś niewiele ma wspólnego z prawdziwym klimatem Tajlandii, zwłaszcza że 80 % przebywającej tu obecnie społeczności mówi w języku rosyjskim.
Miało być różowo. Dwa dni w hotelu, a w miedzyczasie szybkie odnalezienie uroczego domku, w którym spędzimy kolejne 3 tygodnie. Wypożyczamy skuter (250 baht za dzień) i ruszamy jedyną droga prowadząca przez Koh Chang.
Niestety. Poza setką resortów wypchanych po brzegi, spalonymi na Dzień dobry plecami i wizją pozostania szczęśliwymi posiadaczami co najwyżej skrawka piasku na plaży, nie znaleźliśmy nic.
W związku z powyższym teoria, że spokojnie znajdziecie dom na miejscu, niekoniecznie się sprawdza, zwłaszcza jeśli postanowicie znaleźć własny kawałek podłogi w pełni sezonu. Podobnie jest z teorią o niskich cenach oraz łatowścią targowania się, ale o tym będzie innym razem.
Wróciliśmy więc do źródeł. Poszukiwania w sieci.
I oto nagle pojawił sie on.

Po tym jak widzieliśmy dwuosobowe nory za 15 tys batów na miesiąc lub luksusowe bungalowy za 70 tys batow, ten dom to dla nas prawdziwe zbawienie. Zabawne jak często ludzie myślą, że w Azji znajdziesz mieszkanie za grosze.
Owszem jesli chcesz mieszkać w norze, bez dostępu do morza, z widokiem na śmietnik, to jak najbardziej znajdziesz lokum za ok 300 bahtow na osobę.
Jeśli jednak masz ze soba dwójkę dzieci, zedydowanie nie będziesz chciał zaserwować im karaluszków pod poduszką.
( Dla jasności piszę oczywiście o cenach na Koh Chang, ponieważ Bangkok rzadzi się już zupełnie innymi prawami.)
Południe wyspy

My znaleźliśmy swoją przystań w tzw Secret Garden na południu wyspy.
Południe wyspy, to region bardziej backpacerski i rastamański, zdecydowanie spokojniejszy i bardziej zielony aniżeli popularna okolice White Sand Beach. Zamiast miłośników drinków z palemką znajdziesz tu zjaranych, bujających się w rytmach reagge miłośników magicznego zioła.
Wszyscy pozytywni, wychilloutowani ( czy takie słowo wogole istnieje? ) i zdecydowanie nie biorący udzialu w akcji „sprzątanie swiata”.
Jest więc równocześnie pięknie i syfiasto ( kolejne dziwne słowo), ale jeśli byłeś w Azji choć raz, wiesz, że niestety takie są jej uroki.
Zapewne w wysoko rozwiniętych krajach tego kontynentu gromadzenie sterty plastiku tuż pod oknem, lub wrzucanie wszystkiego do przepływającej rzeczki, która automatycznie z uroczego źrodła westchnień zamienia się w śmierdzącą sadzawke, nie miałoby racji bytu.
Niestety takie „cuda” znajdziesz w wielu miejscach pięknej Koh Chang, zarówno w pobliżu wypasionych resorów na północy jak i mniejszych osad na południu.
Ci którzy nigdy w Azji nie byli niech spróbują sobie wyobrazić klasyczny kadr z filmu Błękitna Laguna, po której właśnie nieszczęśliwie przejechała dziurawa śmieciara. Ordnung must sein, po azjatycku.

Jeśli więc bliższe od zamknięcia się w pięknym resorcie jest Wam poznawanie naturalnego środowiska tej cząstki kraju, niejednokrotnie odczujecie pewien dysonans poznawczy.
Mimo wszystko uwielbiamy tu być i kropka.
Dlaczego?





Jest ciepło.
Jest morze – cieplutkie i czyste ( pod warunkiem, że nie przebywasz w pobliżu rybackiej wioski 😉 )
Mimo wszystko jest taniej niż w Grecji i Chorwacji.
Cała wyspę możesz zwiedzić na skuterze.
Jest pięknie, zwlaszcza jeśli patrzysz w stronę morza.
Są pyszne i tanie owoce.
Na każdym rogu masz możliwość wypicia świeżutkiego owocowego shake’a.
Nawet późnym wieczorem możesz siedzieć w „samych batkach” 😉
Praktycznie nie brudzisz ubrań, bo chodzisz ciągle pół nagi.
JEST CIEPŁO 🙂
Wszystkim, którzy dobrnęli do końca Dziękujemy że do nas zaglądacie i tradycyjnie zapraszamy ponownie.
O tym co można i co warto zobaczyć będąc na Koh Chang, już wkrótce.


