Mówią, że początki bywają najtrudniejsze i oby to powiedzenie się sprawdzało, bo oznaczało by to że czeka nas fantastyczny czas. Słowem, nie było tak źle.
Po około 40h podróży znaleźliśmy się w Chile na lotnisku Calama. Z lotniska czekało nas jeszcze 1.5h jazdy samochodem do ostatecznej destynacji jaką jest San Pedro. Być może to dużo, tak to bardzo dużo, zwłaszcza gdy podróżuje się z dziećmi. Nie raz miały chwile kryzysu, ale też wiele razy okazały się być bardzo dzielne. Finalnie zakończyliśmy tę niekończącą się podróż w jednym z krajów południowej Ameryki.
Cudownym uczuciem jest stawianie pierwszych kroków na ziemi, na której nie było się jeszcze nigdy dotąd, a która od pierwszego wrażenia okazuje się być kompletnie innym światem niż dotychczas obejrzane. Takim właśnie objawia się nam Chile.
Właśnie znaleźliśmy się na najbardziej suchej pustyni świata, zwanej Atacama. Obejmuje ona północną część Chile i to ona jest pierwszym etapem naszej podróży. Po wyjściu z lotniska, które notabene jest niewielkim budynkiem mieszczącym się pośrodku pustyni, naszym oczom ukazuje się pasmo górskie będące częścią And.
Zanim dotarliśmy do San Pedro, czyli wymarzonego w obecnej chwili miejsca ze spankiem, piwkiem i czystą wodą, zboczyliśmy do Valley de La Artiqua, zwaną Doliną Tęczy. Nazwa ta pochodzi od kolorów otaczających to miejsce skał. Pomimo ogromnego zmęczenia, zielono-czerwone skały pobudzają nas na nowo do życia. Być może tak zadział kolor skał, a może to charakter trasy pobudził nas do życia. Aby zobaczyć nasz cel, musieliśmy zboczyć z genialnej szerokiej trasy 23 na piaszczysto skalistą drogę, które konkretnie nadwyrężyła siły naszego wypożyczonego Hyunday’a. Wytrzęsieni, zmęczeni ale całkiem radośni, podziwiamy uroki miejsca oraz hasającą wokół zwierzynę; zwłaszcza lamopodobne kopytne zwierzaki zwane Viqunia.
Prawda jest taka, że na tym etapie nie marzyliśmy o niczym więcej jak o łóżeczkach. Od zmęczenia bolą nas głowy, kości i serca biją zdecydowanie za szybko. Pomimo wszystko, każdą chwilę staramy się łapać garściami.
Ostatecznie trafiamy do San Pedro. Małej miejscowości turystycznej, pełnej uroku, wąskich uliczek i jednokondygnacyjnych czerwono -białych zabudowań. Unoszący się czerwony pył i palące słońce sprawiają, że San Pedro doskonale wprowadza nas w otaczający pustynny klimat.
Nasz uroczy domek, pokoik-lepianka, robiący ogromne wrażenie na dzieciakach ( nie pytajcie czy dobre 😉 ) idealnie komponuje się z tutejszym klimatu. Sufit wyścielony ratanem, ściany bielone niczym w klasycznym polskim kurniku i 3 duże, wygodne łóżka. Czego trzeba więcej? Pomimo tego, że przyzwyczajone do wygody dzieci, średnio zadowolone są w faktu wspólnej łazienki mieszczącej się w ogrodzie, zmęczenie pomaga im dojrzeć dobre strony sytuacji. Łóżka są fantasycznie wygodne i to jest w tym momencie dla nas najważnejsze. Dobrych snów.





