logo300 kol kopia

udostępnij nasz post

Adam’s Peak i plantacje herbaty.

Facebook
Twitter
Pinterest

Docieramy do egzotycznej i pięknej Sri Lanki zwanej łzą na policzku Indii. Ta piękna metafora wyspy nie bierze się z znikąd. Jeśli zerkniecie na mapę i kształt jaki przybiera Sri Landzki ląd zrozumiecie o co chodzi.

Łzą Indii nazwali Cejlońską ziemię Hindusi, którzy wielokrotnie próbowali podbić swoich sąsiadów. Na szczęście im się to nie udało, dzięki czemu wyspa zachowała swoją odrębność. Oczywiście Sri Lanka nie pozostała bez wpływu swojego większego sąsiada, co dotrzec można zarówno w tradycji, kulturze i kuchni.

 

JAK NAPRAWDĘ JEST Z TYMI ŁZAMI?

Łza Indii poza kształtem nie przypomina niczym smutnego kraju z mieszkańcami,  którzy rzekomo mieliby nadużywać kanalików łzowych. Wręcz przeciwnie, zamiast łez widzimy dość często lśniące białe uzębienie, ukazujące się na nasz widok. To już kolejny ( obok Birmy ) kraj, którego mieszkańcy udowodnili, że uśmiech do drugiego człowieka może być zaraźliwy.

Ciekawe czy taką przypadłość uda się nam przenieść na nasz polski grunt.

DSC_6186 DSC_6563 DSC_5979

NALLATHANNYA I OKOLICE ADAM’S PEAK.

Góra Adama to szczyt łączący ze sobą 4 religie, które o dziwo w tym miejscu potrafią żyć w zgodzie, a których wyznawcy wiernie, ramię w ramię wspinają się pokonując ponad 5000 schodów, z nadzieją na mały prywatny cud na szczycie. Za Wikipedia, uważane za miejsce święte przez wyznawców wielu religii – znajdujące się na szczycie podłużne zagłębienie o długości 1,5 m uznawane jest za odcisk stopy: Śiwy (przez hinduistów), Buddy (przez buddystów), Adama (przez muzułmanów) czy św. Tomasza (przez chrześcijan indyjskich). Szczyt jest znaczącym miejscem kultu religijnego i celem licznych pielgrzymek.

DSC_5655 DSC_5685

O tak. Pielgrzymki pod Adams Peak są bardzo liczne, zwłaszcza w dni weekendowe. Od piątku wieczora do poniedziałku rano ” centrum ” miasteczka zmienia się w wielki parking dla autobusów, które wiozą niezliczone ilości wiernych. W tym czasie robi się tutaj naprawdę gorąco i ..festyniarstko. Autobusy rywalizują ze sobą oryginalnością klaksonów odgrywając bajeczne melodyjki niczym z chińskich zabawek. Autokary wypełnione są po brzegi wiernymi hindusami, muzułmanami i buddystami. Wszyscy pragną choć raz w życiu wejść na miejsce, na którym łaskawie stopę swą postawił ich bóg. Całe miasteczko niezwykle maleńkie, zmienia się przez to w targowisko, ponieważ poza straganami z wielobarwnymi polarami, czapkami, rękawicami, oraz kolorowymi figurkami bogów stojących tuż obok plastikowych grających zabawek, nie ma nic. No prawie nic.

Jest jeszcze kilka hotelików i knajpek, bo ktoś przecież tę gawiedź wykarmić musi. Notabene w jednej z nich jedliśmy najpyszniejsze Roti Canai (tradycyjny placek z ugniatanego ciasta) i zupę warzywną.

 

CZY WARTO WEJŚĆ NA SZCZYT?

 

Chcąc udzielić odpowiedzi na to kultowe wśród podróżników pytanie, zaskoczę Was, tak jak zaskoczyłam samą siebie.

Otóż odpowiedź brzmi- niestety nie mam bladego pojęcia.

Untitled_Panorama1

Jadąc na Sri Lanke wejście na szczyt Adams Peak był jednym z naszych głównych celów, tuż obok rozkoszowania się widokiem plantacji herbaty, które są jednymi z piękniejszych w całym świecie.

Niestety. Dopiero w trasie doczytaliśmy informację o tym, że na szczyt prowadzą…schody.

Ok. Trudno, jakoś damy radę. Nie będzie to wprawdzie niczym przypominało prawdziwej wspinaczki górskiej, ale jakoś to przebolejemy.

Na miejscu okazuje się, że aby wejść na szczyt, trzeba wstać o 2:00, by zdążyć na wschód słońca.

Osz cholera..pomyśleliśmy, ale przecież co to dla nas.

W międzyczasie cały czas dręczyła nas tylko jedna myśl, dlaczego tutaj wszędzie jest tak festyniarsko, dlaczego tutaj są takie tłumy ludzi. Z drugiej strony nie mogliśmy się przecież niczemu dziwić, bo czy pod naszą częstochowską Jasną Górą jest inaczej?  Musieliśmy sobie zatem odpowiedzieć na pytanie,:czego oczekujemy po tej wyprawie?

Hindusi niszczą swe kolana dla Sziwy, Muzułmanie dla Adama, buddyści dla Buddy, a my? Po co?

Niestety szukając potwierdzenia czytaliśmy opinie w necie. Jedni piszą, że wejście na szczyt to niezwykłe przeżycie, inni że kolana dostały tak w kość że nie mogli chodzić przez 3 dni, a wejście na górę zajęło im mniej czasu niż późniejsze stanie w kolejce by móc wejść na sam szczyt. Kolejny raz więc dotarło do nas, że tyle opinii co ludzi, wiec chyba musimy wyrobić sobie własną.

Wstaliśmy o 2:00. Ubraliśmy na siebie kilka cieplejszych warstw, bo trzeba wam wiedzieć ,że tak jak w ciągu dnia panują tutaj nieziemskie upały, tak w nocy naprawdę wieje chłodem.

Wyruszyliśmy. Po drodze minęliśmy z 40 straganów, bramę wejściową przy, której zawiązano mam na nadgarstki białe sznureczki, wymamrotano jakieś zaklęcie po czym poproszono o datek.

( Gdybyście wybierali się w te regiony, wiedzcie że bramę tę można pominąć, o czym dowiedzieliśmy po chwili)

Robimy to, idziemy.

Wprawdzie kompletnie bez przekonania, ale idziemy. Początkowo w ciszy, bo pewnie każdy walczył w swojej głowie sam ze sobą. Mijamy ludzi, całkiem dużą ich gromadkę. No dobrze, bądźmy szczerzy, spokojnie można rzez, że jak na tę godzinę „w górach” to są to dzikie tłumy.

Zaczynają się pierwsze schody, tzn. pierwsza ich setka. Ludzi coraz więcej, stragany chwilowo zniknęły, ale za to na oświetlonych schodach, idąc krok w krok za innym „pielgrzymem” czujemy się jak w kolejce po mięso ( hmmm…co ja mogę wiedzieć o prawdziwych kolejkach po mięso? Raczej niewiele).

I STAŁO SIĘ

Miło by było napisać o naszym heroicznym wspięciu się na szczyt, o wzruszeniu o wschodzie słońca, o międzykulturowym uniesieniu i poczuciu braterstwa spoconych ciał i udręczonych wspinaczką ud. Miło byłoby napisać jak piękne widoki widzieliśmy schodząc, że pomimo piekielnych zakwasów uniemożliwiających nam chodzenie to i tak warto było, bo mamy odjazdowe fotki wschodu słońca. Byłoby miło i jeśli szukacie takich opinii to na pewno je znajdziecie w sieci, ale niestety nie u nas.

No i stało się.

W końcu któreś z nas przemówiło.

„Po co my właściwie tam idziemy?” „Matko kochana ale tłumy. ” „Czy idziemy tam tylko dlatego że będąc tutaj, nie wypada nie wejść?” „Przecież to nie ma nic wspólnego z adrenaliną w górach, jeszcze ku..a  4500 nudnych schodów przed nami.”

 

No i stało się.

Po raz pierwszy w naszym życiu ( matko, brzmi to dramatycznie), zrezygnowaliśmy. Po raz pierwszy zwyczajnie wzięliśmy i zawróciliśmy. Po raz pierwszy tak wcześnie wstaliśmy tylko po to, żeby po 1.5h położyć się ponownie. Czy zrobiliśmy dobrze? Nie mam pojęcia i na szczęście nikt nas z tego rozliczał nie będzie. Na pewno zrobiliśmy inaczej, ponieważ być tam i nie wejść na ich święta górę było dla mieszkańców miasteczka zupełnie niepojęte. Oczywiście przez pozostałe dni nie było osoby, która by nas nie pytała, czy byliśmy na szczycie i nie byłoby osoby, która usłyszawszy odpowiedź nie popatrzyłaby później na nas z pewnego rodzaju wyrzutem.

 

CO JEŚLI NIE ŚWIĘTA GÓRA?

Jak już wspomniałam okolice góry pokryte są pięknymi soczyście zielonymi plantacjami herbaty, rozpościerającymi się na powierzchni ponad 50kmkw. Jeśli lubicie mały trekking, w ciszy i bez tłumów, polecamy spacer po wzgórzach plantacji Morray Estate, prowadzących min do dwóch wodospadów wpadających do jeziora Nallathanniya.

DJI_0018.00_01_09_13.Still002

DSC_6022DSC_5845 DSC_5903

 

Widok zachwyca, zwłaszcza jeśli za pomocą tuk tuka dotrzecie na jeden ze szczytów, by o zachodzie słońca podziwiać skąpane w świetle plantacje.plantacjaolo-listki

Po godzinie 16 ;00  dołsyzeć można charakterystyczny dźwięk gwizdka, wyznaczający koniec czasu pracy dla zbierających liście herbaty.  Co ciekawe, kobiety ( bo to one odpowiedzialne są za zrywanie liści) zbierają się niespiesznie, tak jakby każda chciała uzbierać choćby jeden listek więcej od innej. Po sygnale plantacje pomału pustoszeją a sznur kobiet z ok 10kg workami, przytwierdzonymi do głowy, pełnymi zielonych, soczystych listków, kierują się w stronę małego zadaszenia, pod którym liście są ważone i składowane. Każda z kobiet za kilkoma warstwami odzienia kryje mały kajecik, do którego zapisywana jest waga uzbieranych danego dnia liści. Średnia dzienna to 20kg.

Na plantacji dane nam było poznać każdy z etapów powstawania w 100% naturalnej czarnej i zielonej herbaty. Od procesu zbierania, po ważenie, selekcję, suszenie, fermentacje itp.

Jeśli mieliście ochotę obejrzeć ten proces zapraszamy tutaj ( link do filmu już wkrótce).

Podczas naszych kilku wędrówek po plantacji mieliśmy przyjemność poznać życie ludzi, którzy z dużym trudem, codzienną pracą w upale, przyczyniają się do powstawania jednej z najsmaczniejszych herbat, które później wykupywane są przez duże koncerny typu Lipton. Do naszego kraju  trafia już niestety zmodyfikowana wersja napoju, z sztucznymi ekstraktem smakowym, lub domieszką tańszej bazy herbacianej.

Pijąc prawdziwą 100% naturalną herbatę wiemy już, że nigdzie nie będzie nam ona smakowała tak jak tutaj.

DSC_6033

DSC_6283 DSC_5728 DSC_5973 DSC_5976 DSC_5737

DSC_6224DSC_6226 1DSC_6228DSC_6235DSC_6241  DSC_6222 1 DJI_0017

 

 

 

 

Adam’s Peak i plantacje herbaty.

Zobacz

Podobne wpisy

Azja

Sri Lanka – święta góra

Sri Lanka zwana łzą Indii jest krajem wielokulturowym, wieloreligijnym i skrywającym ogrom świętych miejsc, do których uwielbiają pielgrzymować

Czytaj dalej »