Cholerny poniedziałek, nienawidzę poniedziałków, oby do piątku. Znasz te zwroty? Ile razy sam ich użyłeś?
Ja co najmniej kilka w swoim życiu, a przecież pracę mam wspaniałą, mimo to zdarza się narzekać.
Myślę jednak, że po tym co ostatnio zobaczyliśmy, przynajmniej na jakiś czas wstyd mi będzie wypowiadać te słowa.
Dlaczego ?
WYCEŃ SWÓJ TRUD
Wyobraź sobie, że codziennie wstajesz w środku nocy by około trzeciej nad ranem ruszyć do pracy. Niby nic nadzwyczajnego ponieważ i u nas wielu pracujących na trzecią zmianę zarywa noc. Ale pójdźmy dalej. Wyobraź sobie, że pracujesz codziennie, a do pracy masz ok 3 km marszu, marszu pod stromą górę. Po kilku latach dochodzisz do wprawy i dystans ten pokonujesz w 30 minut, bo jest to najprzyjemniejsza część całej dniówki. Wyobraź sobie, że tak jak wczoraj tak i dziś po wspięciu się do swojego „biura” musisz zejść jeszcze ok 900 metrów stromą ścieżką w dół, po śliskich, niejednokrotnie objeżdżających kamieniach, po to by z dołu zabrać na barki dwoje ludzi (!!!) i wnieść ich z powrotem wąską, stromą ścieżką na górę. Kamienista dróżka miejscami bywa bardzo niebezpieczna i gdy tylko na moment się zdekoncentrujesz i stracisz równowagę, runiesz w dół, a tego nie przeżyjesz na pewno. Gdy już dotrzesz na szczyt ( nie zapominaj, że niesiesz na ramionach dwoje ludzi) czas na zejście w dół.
Ta część jest dużo prostsza, choć ścieżka również bywa śliska i nieprzyjazna. Nie dziwi Cię fakt, że codziennie w „biurze” unosi się palący oczy i płuca dym, a na niebezpiecznej ścieżce pnącej się ku górze napotkasz tysiące gapiów robiących Ci zdjęcia i patrzących na Twój beznadziejny los. I tak co najmniej dwa razy dziennie. Wspinaczka, zejście w dół, załadowanie dwoje ludzi na barki, wspinanie się z nimi ok 1km w górę, zejście 3km w dół.
W sumie udźwignąłeś ok 200kg.
Na wyposażeniu masz kalosze lub japonki, szmatę na twarz gdybyś jednak chciał osłonic się przed trucizną. Szefa średnio obchodzi to, że w biurze zalatuje toksycznym gazem, ale szef jest z Ciebie zadowolony, bo znowu, jak co dzień dałeś radę. Należy ci się więc dzienna wypłata.
Jak myślisz ile powinieneś zarobić ? Spróbuj wycenić ten wysiłek, który być może jest dla Ciebie fikcyjny i trudny do wyobrażenia, ale wykonywałbyś go codziennie, bo to jedyna alternatywa na przetrwanie Twoje i Twoich bliskich.
Masz już kwotę?
Cóż, tym razem dostaniesz za swój trud od 35- 50zl na dzień. Dostałbyś może nawet i 75zl ale musiałbyś przejść tę drogę raz jeszcze, a to jest już niemożliwe. Jesteś już zupełnie pozbawiony sił.
Jeśli powyższa sytuacja wydaje Ci się kompletną abstrakcją, to proszę czytaj dalej.
MURIONO

Oto Muriono.
Pochodzi z małej wioski położonej we wschodniej części Jawy ( Indonezja) tuż nieopodal aktywnego wulkanu Kawah Ijen. Ma żonę i jednego syna, który niestety pomimo, iż ma już 4 lata nie chodzi i nie mówi.
„Nie jest normalnym dzieckiem” mówi Muriono.
Mężczyzna na swoim koncie ma dwukrotnie złamaną kość barkową, poważnie nadwyrężone kolana i prawdopodobnie uszkodzone płuca, ale to akurat mu nie przeszkadza; przecież to tylko „zwykły” kaszel.
Muriono ma jedno marzenie, aby syn nie musiał iść w ślady ojca, choć paradoksalnie sam jest szczęśliwy z tego co może robić i kim jest.
Codziennie zanim wstanie słońce pnie się ok 3km w górę wulkanu Ijen, który daje mu życie, a jednocześnie z każdym dniem przybliża go ku śmierci. W powietrzu wisi delikatny zapach siarki, ale Muriono zupełnie go nie dostrzega, tak jak i nie zważa na panującą wokoło niską temperaturę. Na wysokości ponad 2000 m npm w nocy panuje ok 10 stopni, czyli ok 25 stopni mniej niż ciągu dnia. To dobra temperatura do marszu. Ubrany w bluzę, czapkę i japonki wkrótce dołącza do pozostałej grupy idącej w tym samym kierunku. Część z nich to górnicy, pozostała część to przewodnicy, a wraz z nimi setki turystów.
Jeszcze osiem lat temu szedł tą drogą prawie sam, z grupą górników, teraz miejsce jego pracy stało się ogromną atrakcją turystyczną i przyciąga codziennie około tysiąca ludzi.
Jest jeszcze kompletnie ciemno. Wąską ścieżkę biegnącą wzdłuż stoku oświetlają setki światełek płynących z czołówek, przypominając migocące świetliki. Po dotarciu na szczyt krateru zapach siarki staje się bardzo intensywny choć przeszkadza to jedynie turystom, turystom uzbrojonym w maski gazowe (przynajmniej w większości). Ci, którzy nieświadomi tego co czeka ich za około kilometr nie zabrali masek, już wkrótce tego pożałują.
Jak zawsze czekają na górnika dwa puste wiklinowe kosze, przymocowane do bambusowego pałąka. Zabiera je ze sobą i schodzi w dół krateru, wąską, kamienistą ścieżką, którą zna niemalże na pamięć. Wie gdzie postawić stopę nawet w kompletnych ciemnościach. Zejście idzie mu sprawnie a kosze są lekkie więc zabrał od razu 4. Ciemność rozświetlają migocące latarki turystów, które kołyszą się w rytm stawianych przez nich kroków.
Dopiero w dole, u samego dna krateru jaśnieją co chwilę niebieskie płomienie palącej się siarki. Są zdaniem turystów piękne i podobno jest to jedno w niewielu, jeśli nie jedyne z takich miejsc na ziemi.
Dla Muriono to widok codzienny. Czy piękny? Nie wie. Wie z kolei, że panująca w okolicy płomieni temperatura sięgająca 600 stopni bywa zabójcza. Wie też jak żrący jest dym siarkowy, jak pali w oczy, wypala gardło i krztusi.
Człowiek do wszystkiego może się jednak przyzwyczaić. Po 8 latach pracy w tych samych warunkach twierdzi, że dym mu już nie przeszkadza tak bardzo. Zasłania twarz kawałkiem chusty, lub przygryza ją zębami, aby zmniejszyć dostęp trujących wydzielin. Kaszle, przeciera łzawiące oczy i idzie w głąb dymu.
Tam przy ścianie znajduje się cała sieć czarnych, ceramicznych rur, którymi to prowadzone są wulkaniczne gazy (fumarole). Widzi je codziennie, więc dobrze wie co trzeba zrobić dalej. Podchodzi do miejsca, w którym chłodzący się gaz zamienia się w czerwoną maź. Chwilę później maź zastyga i zamienia się w idealnie żółtą bryłę. To siarka. Podobno w ten sposób z wnętrza Ziemi wyrzucane są ponad cztery tony krystalicznej substancji dziennie. To dla niej schodzi tutaj co rano, to ona jest dla Muriano zbawieniem i przekleństwem. To przez nią będąc niemalże w raju, codziennie puka do bram piekeł.
Muriono bierze do ręki żelazny pręt i odłupuje dużą żółtą bryłę. W tym momencie wulkan wypluwa z siebie kolejną porcję siarczanych oparów, sprawiając, że cały jego obecny świat znika na kilka chwil. Nie widzi nic, tylko czuje jak do wnętrza ciała wnika siarka, pali w płuca, wyżera oczy. Odwraca twarz i zasłania ją rękawem. Nie narzeka, wie że wiatr zaraz oczyści powietrze i będzie mógł kontynuować codzienny rytuał. Duża odłupana bryła czeka na dalszy proces leżąc na ziemi. Gołymi rękami podnosi ją by zanieść na skraj błękitnego jeziora.
Jezioro wypełniające krater ma 1km długości i głębokości nawet do 200m. Gdy pierwsze promienie słońca rozświetlają okolice widać jego piękną barwę. Krystaliczny błękit, w połączeniu z kremowym kolorem skał łapie za serce, co sprawia, że tysiące turystów zachwyca się widokiem, robiąc setki zdjęć.
Muriono nie zwraca już na nie uwagi, bo czy można się czymś zachwycać widząc to codziennie?
Zamiast zachwytu preferuje uważność. Stojąc nieopodal błękitnego jeziora dobrze wie co go czeka, jeśli wykona jeden nieprzemyślany ruch. Stanie się z nim dokładnie to samo, co stało się z tym francuskim turystą, który kilka lat temu wpadł do jeziora. Zginie na miejscu. Dlaczego?
Jezioro zawdzięcza swój niepowtarzalny koloryt nie wodzie lecz kwasowi siarkowemu, który je tworzy. Możecie sobie to wyobrazić – całe jezioro jednej z najbardziej żrących substancji na ziemi? Jest to przy okazji największy zbiornik tego kwasu na świecie.
Gdy chwilowo gęsty dym zmienił swój kierunek, jego pierwsza w tym dniu wielka bryła żółtej siarki czeka leżąc na wulkanicznych skałach. Czas ją pokruszyć. Dzięki użyciu młotka rozbija grudę na mniejsze kawałki tak by całość zmieściła się w jednym z przygotowanych wiklinowych koszy. Warto poświęcić chwilę i precyzyjnie poukładać wszystkie elementy, aby do kosza zmieściło się jak najwięcej. Za każdy kilogram otrzyma 1000 IDR (rupii indonezyjskich) czyli ok 0,25 zl, nic więc dziwnego, że każdy górnik chce za jednym razem wnieść jak najwięcej. Gdy kosz zostaje zapełniony jest już zupełnie jasno. Muriono wzdycha głęboko i zerka w górę by zobaczyć z jaką masą turystów będzie musiał się dziś zmierzyć.
Jeszcze kilka lat temu byli tu tylko górnicy. Nie trzeba było się martwić o korki na ścieżce, nie trzeba było czekać, aż tłumy ustąpią mu drogę. Było dużo łatwiej, a mimo to cieszy się, że oni tutaj są. Są jak ten wulkan, przekleństwem ale i zbawieniem.
Zaczyna wspinaczkę.
Czeka go tradycyjne 900m w górę.
Na barki wkłada kosze, ważące ok 90 a może nawet 100 kg. Niestety po latach kości barkowe są zdeformowane, lewa kość pęknięta zrosła się w niewłaściwy sposób i odczuwa to codziennie. Aby zmniejszyć ból i odczuwalny ciężar regularnie zmienia bark, niosąc swój pierwszy ładunek raz na lewej raz na prawej stronie. Po kilkunastu metrach napotyka grupę turystów. Robią sobie selfi z jeziorem w tle, tarasując całą drogę. To sprawia, że musi czekać, aż ktoś go zauważy. Cierpliwie stoi, podtrzymując położone na barkach żółte siarczane bryły ważące około 100kg i czeka. W końcu zauważa go lokalny przewodnik, który schodzi w dół wraz z turystami. Zabawne, ale przewodnicy za swoją pracę otrzymają dokładnie tyle samo co górnik. Muriono jednak nie narzeka. Wie, że wielu przewodników należy do rodzin górników. Są to często ich synowie lub bratankowie. Mają lepiej, a to jest główne marzenie ojców- górników. „Niech nasi synowie mają lepszy los” mówią. Są niestety też i oszuści, podający się za górników z nadzieją, że któryś turysta im zapłaci; ale czy to mało kłamców jest na tym świecie?
W połowie drogi czas na krótki odpoczynek. Z grymasem na twarzy odkłada kosze na skały, po czym czerpie łyk wody. Przechodzący turyści robią mu zdjęcia. On już wie, co warto opowiedzieć i jak się zachować by zwiększyć szansę na kilkadziesiąt dodatkowych indonezyjskich rupii. Pokazuje więc wyrzeźbione w siarce figurki- żółwiki, słońca, serca. Czasem opowiada o swoim złamanym barku, czasem o chorym synu. Co wrażliwszy turysta otwiera portfel i daje górnikowi „napiwek”.
Jeszcze 8lat temu byli tu sami. Mieli spokój, ale też nie mieli szansy na dodatkowy zarobek, który niejednokrotnie jest większy aniżeli płaca pracodawcy.
„Turyści nie są źli ” mówi „tylko muszą być ostrożni i dać nam pracować „. Jakiś czas temu turysta przypadkowo kopnął jednego z górników, ten się ześlizgnął kilka metrów w dół. „Prawie ze zginął ” mówi jeden z mężczyzn, „dlatego turyści muszą być ostrożni”.
Po śmiertelnym wypadku Francuza zamknięto kopalnię na kilka dni, przez co żaden z 200 górników nie miał pracy. „Kopalnia pozwala nam utrzymać nasze rodziny, dlatego musimy tutaj być codziennie. Nie chcemy by ją znowu zamykano. Dlatego turyści muszą uważać ” powtarzają.
Po prawie kilometrze żmudnej wspinaczki Muriono dociera do krawędzi krateru. Tym razem poszło mu całkiem nieźle. Zadowolony siada na chwilę odpoczynku, tuż obok kilku współtowarzyszy. Czas na chwilę przyjemności. Wyciąga papierosa i delektuje się smakiem. Paradoksalnie pomimo, iż właśnie opuścił krater wypełniony trującym dymem, chwila z papierosem jest jedną z najprzyjemniejszych momentów dnia. Teraz czekają go już tylko 3km w dół, najpierw do punktu ważenia, a później do punktu skupu.
Dziś ma przed sobą jeszcze raz dokładnie tą samą drogę, tak jak i jutro, pojutrze i każdego dnia. O ile zdrowie mu dopisze. Muriono za swoją prace otrzymuje średnio 45zl dziennie co daje mu ok 1300 zł miesięcznie. Dla mieszkańca wioski jest to kwota warta poświęcenia swojego zdrowia. Pracując jako rolnik nigdy nie zarobiłby takiej sumy, dlatego pomimo, iż praca górników jest nieludzko ciężka, nikt nie narzeka. Każdy cieszy się, że otrzymał licencję i ma lepiej niż ten „na górze”.
Ale czy na pewno mają lepiej? Górnicy dożywają średnio 50 lat. Są też tacy, którzy zdążyli przejść na emeryturę i w wieku 65lat cieszą się, że już nigdy nie będą musieli wchodzić do krateru.
Wizyta w Ijen sprawiła, że nie mogę przestać myśleć o pracujących w wulkanie mężczyznach. O tej niezrozumiałej dla mnie niesprawiedliwości i o fakcie, że każdy z górników jest tam przecież z własnej woli.
Co ich skłania do tego by wybrać taka ścieżkę „kariery”. Czy nie łatwiej byłoby być jednym z tych, którzy wypożyczają maski gazowe ( za jedną biorą 50 tj 1/3 wypłaty górnika) lub przewodnikiem, który za jednorazowe wejście z turystami kasuje tyle samo ile otrzymuje mężczyzna pracujący w trujących oparach i wnoszący ok 200kg dziennie pod górę. ? Już nie wspominając o kosmicznych kwotach, które zarabiają kierowcy samochodów podwożący turystów pod wulkan ( ok 500 k za jeepa czyli czterokrotnie więcej niż dniówka górnika) .
Czy miejsce urodzenia musi tak bardzo determinować ludzki los? Czy kiedykolwiek sytuacja górników z Ijen ulegnie zmianie? Czy jest możliwe, aby pracodawca zaczął przestrzegać podstawowych zasad BHP, zapewniając górnikom strój ochronny i podnosząc im śmieszne pensje? Czy jest szansa zapewnienie 200 mężczyznom masek gazowych oraz równoczesna edukacja dotycząca konieczności ich stosowania? Czy gdyby otrzymali maski czy zdecydowali by się na ich używanie, czy może woleliby je wynająć lub sprzedać?
Ijen to miejsce wywołujące ogromny dysonans. Z jednej strony zachwyca kolorami i niezwykłymi procesami chemicznymi zachodzącymi w kraterze; z drugiej przygnębia i doprowadza do łez i to bynajmniej nie na skutek unoszącego się dwutlenku siarki. Kawah Ijen to miejsce, w którym niebo styka się z piekłem gdzie piękno przyrody zderza się z kompletnym brakiem szacunku do ludzkiej pracy.
A to wszystko w imię czego? W imię zwykłej oszczędności.
Wulkan Kawah Ijen jest jednym z 167 wulkanow Indonezji i jednym z 77 aktywnych. W marcu 2018 niespodziewanie wypluł gazy tak toksyczne, że 200 osób z sąsiadującej z nim wioski musiało porzucić swoje domy by uchronić się przed zatruciem. Ok 30 osób wylądowało w szpitalu na skutek zatrucia. Na szczęście w momencie wydzielenia gazów ( ok 19:00) górników nie było na miejscu.



















