Najwyższy czas zabrać się za małe podsumowanie naszej wyprawy do Afryki. Na wstępie powiem Wam, że czasem nie łatwo jest podróżować, robić setki ( ba tysiące ) zdjęć, kręcić filmy, wszystko notować, uczyć się z dzieciakami i jeszcze w tym wszystkim wypoczywać. Chyba dlatego coś w środku nas buntuje się gdy ludzie określają naszą podróż jako wakacje, zwłaszcza że gdy tylko mamy internet staramy się również pracować. Oczywiście jest to o niebo lepsze życie niż siedzenie codziennie za biurkiem i żeby nie było wątpliwości, nikt z nas nie narzeka, bo jest zajebiście. Piszę to chyba tylko dlatego , żeby sama przed sobą wytłumaczyć swoje ciągłe opóźnienie w nadrabianiu zaległości. No ale, do rzeczy.
Wybierając się na czarny ląd czytaliśmy sporo internetowych opinii na temat ludzi i ich stosunku do turystów. Na temat zagrożeń i sporej liczby niebezpieczeństw. Szczerze, piekielnie wystraszeni opiniami zastanawialiśmy się nawet czy to dobry pomysł zabierać dzieciaki w ten 'dziki’ świat. Musimy przyznać, że bilet kupowaliśmy zupełnie spontanicznie, bez głębszego zastanowienia się co dalej. Dalej po zagłębianiu się w nowinki internetowe okazało się, że nasze oczy robiły się coraz to większe, nie z zachwytu i podekscytowania, ale z przerażenia.
Pamiętajcie jednak o jednym- nikt nie przeżyje życia za was, ani też nikt nie spojrzy na dane miejsce waszymi oczami. Przeżycia innych zawsze przedstawiane będą w sposób subiektywny, adekwatny do chwili, w której ten ktoś znalazł się w danym miejscu. To co tutaj znajdziecie to również jedynie subiektywne doświadczenia, ponieważ nikłe jest prawdopodobieństwo, że będąc w Kenii znajdziecie się dokładnie w tym samym miejscu i w otoczeniu tych samych ludzi co my, a to przecież oni mają ogromny wpływ na nasze postrzeganie nowych miejsc.
My pojechaliśmy i ani sekundy nie żałowaliśmy podjętej decyzji.

GDZIE WARTO POJECHAC BĘDĄC W KENI?
…albo raczej gdzie nam udało się pojechać, ponieważ będąc w Afryce zaledwie 2 tygodnie mieliśmy ograniczone możliwości obejrzenia wszystkich „must see”.
1. BARINGO LAKE
Mając w planach odwiedzenie trzech jezior Kenii zatrzymaliśmy się w Nakuru, dość sporym mieście jednakże zdecydowanie spokojniejszym od Nairobi.
Jezioro Baringo znajdujące się ok 2h od miasta to naturalne środowisko zarówno krokodyli, hipopotamów jak i dziesiątek gatunków ptaków. Jezioro opływa się małą, kilkuosobową łódką, w towarzystwie przemiłego przewodnika o imieniu Denis. Jeśli traficie w to miejsce zapytajcie o Denisa, który należy do części społeczności mieszkającej nad jeziorem i który poza szczegółowym zapoznaniem Was z fauną jeziora, chętnie zaprowadzi Was do wioski Yam Samaki.

Jezioro Baringo to nie tylko skupisko zwierząt.
Podnoszący się nieustannie poziom wody stał się cmentarzyskiem dla części zabudowań położonych tuż nad wodą. Wystające kikuty drzew i szczątki domów, pomiędzy którymi brodzą ukryte w wodzie hipopotamy, setki gatunków ptaków i kwtnące nadbrzeże to widok zdecydowanie warty wydanych pieniędzy.
Fenomenem są również wszechobecne tutaj krokodyle i dzieci bez wzruszenia pływające w ich pobliżu. Wszystko wydaje się żyć w wielkiej symbiozie, która będzie trwała dopóki drapieżnikom nie zabraknie ryb. Na szczęście ryb w jeziorze jest mnóstwo, zaspokajając nie tylko krwawe rządze gadów, ale również stanowiąc główne źródło dochodu mieszkańców wioski.

Wizyta w wiosce pozwala na zakosztowanie rybich przysmaków. Od wędzonych, smażonych, po suszone ( w towarzystwie kilkudziesięciu much). Delektowanie tych ostatnich pozostawiliśmy odważniejszym 😉 .
Mieszkańcy goszczą nas bardzo serdecznie, czemu nie można się dziwić, zwłaszcza że cel mają nadrzędny- wyciągnąć z nas kilka dolarów. Jest to postawa, do której będąc czy w Azji czy na czarnym lądzie przyzwyczaić się trzeba. Poza tym zawsze jest to doskonała okazja do treningu asertywności.
Na szczęście nad Borindgo wszystko odbywa się w miłej i przynajmniej pozornie przyjaznej atmosferze, a uwierzcie na słowo, w Afryce nie zawsze spotkacie się z takim nastawieniem.
Z przyjemnością kupujemy kilka świeżych rybek, które znikają w zaskakującym tempie.

2.BOGORIA LAKE
Dla miłośników ptaków a zwłaszcza flamingów jest to miejsce obowiązkowe.
Z Nakuru do jeziora dotrzecie w ok 2h, przy czym co najmniej połowę czasu pochłania wyboista droga dojazdowa. Choć wydawałoby się, ze jazda drogą polną trwa wieczność, widoki i możliwość spotkania lokalnych mieszkańców rekompensuje wszystko.
Ludność wiejska różni się znacznie od mieszkańców Nakuru. Różnice te polegają nie tylko na zasobności portfela (tutaj prawdopodobnie portfeli nie posiadają), ale przede wszystkim nastawieniem do białego. W mieście „mzungu” czyli białas powinien dać kasę, tak po prostu, bo jest biały; na wsi przeważa onieśmielenie i zaciekawienie, co pozwala choć na chwilkę zapomnieć o tym, że prawdopodobnie masz znaczek dolara wytatuowany na czole.

Gdy tylko wysiadamy z samochodu otacza nas grupka dzieciaków. Miejskie dzieciaki oswojone z turysta wiedzą, że biały równa się pieniądze lub słodycze. Bez zastanowienia podbiegają więc wołając „give me my money” lub „give me my sweets”. Dzieci z wiosek podchodzą z lekkim przestrachem. Ukrywają się za drzewami, lub za tym co właśnie mają pod ręką. Pomimo zawstydzenia biegną za nami śmiejąc się i pokrzykując, po czym gdy tylko „biała Baba Jaga” zerknie za siebie, czmychają w krzaki.

Jezioro znajduje się w Parku narodowym, do którego wjedziecie oczywiście za sporą opłatą ( 40$ za os). Jeśli kierujecie się mapą weźcie poprawkę na to, że nikt nie dba o ich aktualizacje i część dróg zalanych jeziorem zwyczajnie nie istnieje , co sprawia ze nagle możecie znaleźć się w miejscu, z którego nie sposób wyjechać. Na nasze szczęście my utknęliśmy tylko na 40 minut 😉 próbując wydostać się z koryta rzeki, która chwilowo udawała drogę. Skutki uboczne? Udar słoneczny połowiczny, duże zapotrzebowanie na zimnego browara i kilka głupich filmików z dzieciakami w roli głównej.

3.LAKE NAIVACHA
Jeżeli nadal czujecie pewien niedosyt w ilości wypatrzonych zwierząt wodnych, jezioro Naivacha na pewno pomoże wam ten głód poznawczy zaspokoić.
Wprawdzie przybrzeżne życie jest tu zdecydowanie bardziej skomercjalizowane, począwszy od kilku barów, po możliwość przejażdżki na wielbłądzie, to samo jezioro a raczej zamieszkujące w jego okolicy zwierzęta pomogą zaspokoić pragnienie kontaktu z naturą. Jeśli martwi was fakt, że zwierzęta w Naivasha są zbytnio od was oddalone, nie martwcie się. Safari nasyci zwierzętami wasze oczy aż po brzegi.

Po przeprawie łodzią, koniecznie wybierzcie się na smażoną tilapię. W smaku genialna.


4.PLANTACJA HERBATY
Po drodze do granicy Z Tanzanią poznajemy Kenię z innej strony. Krajobraz zmienia się niczym w kalejdoskopie. Raz pustynny, z typowymi dla klimatu sawanny sukulentami, po chwili zmienia się w zieloną dżunglę.
Na trasie mamy okazję podziwiać rozpościerające się aż po horyzont plantacje herbaty. To miedzy innymi z tego miejsca mamy znana wszystkim herbatę Lipton. To miejsce, w którym gołym okiem widać ludzką radość z posiadanej pracy. Ludzie jakby serdeczniejsi, pozytywniej nastawieni i chętni do rozmowy. Najwyraźniej praca czasem uszczęśliwia.

Pozostawiam jeszcze kilkanaście kadrów. To silniejsze ode mnie 🙂




