Pustynia Atacama Pustynia rozciąga się od granicy z Peru 960 km w kierunku południowym.
Jest to leżący dość wysoko ponad poziomem morza (przeciętnie 610 m) obszar, złożony z licznych słonych jezior i bagien, o bardzo ubogiej roślinności.
Dlaczego w rejonie Atakamy opady są taką rzadkością? Winę za to ponoszą płynące z Antarktyki zimne prądy morskie, powodujące powstawanie mgieł i chmur, które jednak nie przynoszą deszczu oraz leżące na wschód od pustyni Andy, będące naturalną barierą dla mas wilgotnego powietrza, napływającego z Amazonii.
To kilka wygooglanych mądrości dla tych z was, którzy lubią wiedzę konkretną. Dla nas pustynia Atacama okazała się być miejscem zaskakująco pięknym, a zarazem lekko przerażającym. Otaczająca w około pustka ciągnąca się aż po horyzont, urozmaicona drobnymi krzewami, kępkami traw oraz górami wznoszącymi się niejednokrotnie ok 5000 m npm, przemawia do nas swoim majestatem. Pomimo wrażenia, że świat w tym miejscu umiera, napotykamy po drodze oznaki tutejszego życia. Swobodne pasące się osły, lamopodobne Viqunie oraz przebiegające nam przez drogę Guanaco ( wyglądająca jak krzyżówka sarny z lamą ) pokazują, że świat toczy się tutaj swoim własnym rytmem. Pustynia zwana mglistą, czerpie wodę z unoszącej się o poranku nad pustkowiem mgły. To z niej pobierają wodę drobne rośliny i to one stanowią skromne pożywienie dla żyjących tutaj zwierząt.
Kierunek naszej dzisiejszej wyprawy to słone jezioro Salar de Talar oraz Laguna Miskanti.
Głupawka wysokościowa
Jadąc w kierunku Lagun mieliśmy świadomość, iż wznoszące się na wysokości 4300m n.p.m. destynacje mogą zaowocować chorobą wysokościową. Nie chcieliśmy sugerować naszemu najmłodszemu załogantowi samopoczucia, bo znamy troszkę jego ciut hipochondryczną naturę, w związku z czym określiliśmy chorobę wysokościową jako dopadająca nas głupawka. Dużo śmiechu, dziwne zachowanie i ogólnie znakomity humor.
Cóż..natury nie oszukasz, a choroba wysokościowa to jednak nie kwestia autosugestii, a raczej predyspozycji osobowościowych.
Pomimo dobrych chęci i robienia z siebie pajaca ( bo w końcu dopadła nas przecież podstępna wysokościówka) nasz najmłodszy załogant zrobił się markotny. No dobra, bądźmy szczerzy..zrobił się nieznośny, bo jak na faceta przystało każdy objaw odczuwał ekstremalnie intensywnie. Podziwialiśmy zatem boskie zakątki, a raczej przestworza Jeziora de Talar z dodatkowymi atrakcjami dźwiękowym w tle. Biednego Olka bolała głowa, uszka i brzuch, choć w sumie zważywszy na to, że pierwszy raz znalazł się na wysokości 4300m npm i tak był mega dzielny. Na nasze szczęście w drodze z Laguna Miscanti na drogę wybiegł nam Culpeo Fox ( Nibylis Andyjski). Andyjski lisie chwała tobie ! W tym oto momencie dolegliwości przeszły jak ręką odjął, ponieważ co jak co, ale wszelakie zwierzętach to nasz Olo ubóstwia ponad wszystko. Nibylis ( jak słusznie zauważyła nasza nastolatka, które szanujące się zwierze nazywa się „Niby” ) stanął tuż obok samochodu, popatrzył leniwie w naszą stronę i odszedł z poczuciem spełnionego obowiązku. Reszta trasy przeminęła w znakomitej atmosferze, przerywana krótkimi postojami na zdjęcia filmy itp. Niestety zakochani w otaczających nas widokach, zanudzimy was zdjęciami dróg, pustych przestworzy i błękitno różowego horyzontu.
Zdjęcia prezentują kolejno- Trasę 23 😉 , Solar de Talar tj jezioro solankowe, Lagunę Miscanti oraz wybawcę rodzicielskiego spokoju- Nibylisa, a także wiele innych ciekawych miejsc, obok których nie dało się przejechać obojętnie. Łapcie kadry i niech cierpliwość do nas będzie z Wami.






