Jeśli pamiętacie o czym pisałam w pierwszym poście, wiecie już o mojej ogromnej trudności w kodowaniu wszelakich nazw. Emocje, związane z odwiedzanymi miejscówkami, zajmują tak dużo miejsca, że chyba brakuje go na nazwenictwo. Tak przynajmniej tłumaczę sobie swoją głupotę 😉
Emocje- to coś co zdecydowanie zdominowało jedną z wypraw Kambodży, ale… po kolei.
Gdyby ktoś zapytał mnie, które miejsce spośród dotychczas odwiedzonych, zrobiło na mnie największe wrażenie, nie zawahałabym się mówiąc, że Tonle Sap.
Tonle Sap jest największym jeziorem w Azji Południowo-Wschodniej. Jego powierzchnia zmienia się od 2700 kilometrów kwadratowych (1 metr głębokości) w porze suchej do 16000 kilometrów kwadratowych (9 metrów głębokości) w porze deszczowej. Na jeziorze znajduje się wiele pływających wiosek, które przemieszczają się wielokrotnie w ciągu roku w zależności od poziomu wody. Lecz to nie ze względu na różnice poziomów jezioro jest tak wyjątkowe, ale ze wględu na to co na nim się znajduje.
Tonle Sap to przystań i dom dla rybackich wiosek wietniamskich, które kilkakrotnie w ciągu roku zmieniają swoje położenie.
Na Tonle Sap spotkamy ludzi bez własnej przynależności narodowej, którzy będąc wietnamczykami, pozostałymi tutaj od czasów wojny, nie mają szans ( ani tymardziej pieniędzy) na powrót do domu. Pomimo iż nie są Khmerami, stali kambodżańską atrakcją turystyczną. Fakt ten zuełnie odpowiada tym grupom, które bezpośrednio żerują na mieszkających tam ludziach.
W miejscu takim jak to…
Wyruszyliśmy z Siem Reap jeszcze przed wschodem, wraz z naszym zaprzyjaźnionym przewodnikiem Tajem, który doskonale wiedział co mówi, radząc byśmy wyjechali wcześniej.
Po kilku godzinnej trasie tuk tukiem, docieramy na miejsce.
Najpierw czeka nas przeprawa łodzią motorową, która zdecydowanie potwierdza przeczytane wcześniej opinie o kulcie pierdząco hałasujących silników. Im głośniejszy silnik i kopcący niczym lokomotywa, tym większa duma rozpiera przewoźnika. Dla wrażliwców polecamy stopery 😉
Po dotarciu do wioski, czas przeskoczyć na małą łódeczkę, za pomocą której przewożnik „oprowadza” nas po wiosce.
Cóż. To co zobaczyliśmy ciężko opisać słowami, zwłaszcza jeśli ktoś nie jest mistrzem pióra jak ja.
W takich momentach jednak uświadamiamy sobie, jak durne są nasze pseudoproblemy typu, który model telefonu wybrać, albo że taka koszulka już jest nie modna, lub czy zrobić sobie selfi z ręki czy lepiej selfi sticka.
W miejscu takim jak to, doceniamy to co mamy. Jakimi jesteśmy farciarzami, że urodziliśmy się w naszej nieidealnej Polsce, ale patrząc na świat poniższy, perfekcyjnej.
W miejscu takim ja to dręczą pytania, czy dobrze że tu jesteśmy, bo przecież właśnie staliśmy się gapiamy w ludzkim zoo. Z drugiej strony jest to niezwyke cenna lekcja, pokazująca, że człowiek może żyć w każdych warunkach, pokochać to co ma i cieszyć się życiem każdego dnia.
Do końca życie nie zapomnę widoku chłopców płynących do szkoły dziurawą łodzią, przy czym jeden odpowiedzialny był za wiosłowanie a drugi, za ratowanie łodzi przed utonięciem. Dzieciaki przepływające z domku do domku w miednicy, maluszki raczkujące w dryfujących „domkach” tuż przy śmierdzącej, lecz dającej życie wodziem i widok dzieciaków łaknących słodyczy.
Dlaczego Taj dobrze radził by wyruszyć przed wschodem? Choćby dlatego, że tuż po naszym opuszczeniu wioski napłynał do niej tabun chińskich turystów. Ci którzy kiedykolwiek byli w Chinach, wiedzą jak chiński turysta wygląda i jak się zachowuje. 😉
Żeby nie przedłużać zostawiam kilka, a być może kilkadziesiąt zdjęć. Łapcie kadry i doceńcie to co macie wokół siebie.



