Każdy z nas ma swoje słabsze i mocniejsze strony, obiawiające się zarówno na codzień jak i w podróży.
Nasza mała podróżnicza słabostka wyraźnie dała o sobie znać zaraz po zakwaterowaniu się w pierszym punkcie transferowym Filipin, jakim było miasto Cebu.
Cebu – miasto na wschodnim wybrzeżu wyspy Cebu, piąte pod względem zaludnienia miasto na Filipinach, a co za tym idzie, zatłoczone, głośne i bardzo rozśpiewane.
Jak zwykle umęczeni kilkudziesięciogodzinną podróżą marzyliśmy o maleńkiej nagrodzie, którą mieliśmy zamiar osobiście sobie wręczyć tuż po dotarciu na miejsce.
Niestety okazało się, że tym razem nie jest to takie proste. Zimne lokalne piwo, to nasza mała słabostka, której ulegamy w każdym nowo poznawanym miejscu. Niestety Cebu okazało się być miejscem, w którym nie łatwo odnaleźć bar, a nawet sklep z tym trunkiem. Co więcej, na pytanie, gdzie tutaj można się napić piwka, lokalsi patrzyli na nas ze sporym zdziwieniem. Okazuje się, że Filipińczycy, a przynajmniej ta część ludności, którą mieliśmy przyjemność spotkać na naszej trasie, to grupa nie pijąca alkoholu. Dla nas to spore zaskoczenie. Po tym jak kosztowaliśmy domowego 'rise wine’ w Kambodży, które okazało się najczęściej spożywanym przez lokalsów bimbrem ( dla mnie ohyda ), po ogromnym wyborze piw 0,6 l w Chinach, oraz słynnej Tajskiej White whisky, tutaj nic? Niemożliwe.
Szczęśliwie, wkrótce okazało się, że są miejsca dla miłośników zimnego, ryżowego piwa. Po krótkim spacerze po obrzeżach Cebu, trafiliśmy do punktu, w którym gościnność okazała się wielka, jednakże talent wokalny dość mizerny.
Śpiewać każdy może…
Karaoke, to jedna z najpopularniejszych filipińskich rozrywek. Filipińczycy kochają śpiewać. Niezależnie od tego jak wielką krzywdę czynią poprawnie słyszącym towarzyszom, bawią się przy tym znakomicie. Śmiało można rzec, że śpiewają wszędzie. Na ulicy, w sklepie, w restauracji, a nawet w pełnym umundurowaniu na lotnisku. To najbardziej rozśpiewany i wyluzowany naród jaki dotychczas poznaliśmy i między innymi właśnie za to ich pokochaliśmy.
Jedna szklaneczka
Ostatecznie znaleźliśmy swoją małą przystań, w której mogliśmy zakosztować lokalnego piwa. Właściciel maleńkiego baru karaoke, z pieśnią na ustach, podał nam jedno litrowe piwo ( mniejszych nie mieli) oraz jedną szklaneczkę.
Cudowny zwyczaj, pijesz na raty, czekasz na towarzysza i jaka przy tym oszczędność w zmywaniu. 😉
Poważnie rzecz biorąc, już wcześniej czytaliśmy o tutejszej tradycji picia z jednego kufla bądź też kieliszka ( zależy co kto pije ). Po wypiciu swojej porcji, nalewasz i podajesz towarzyszowi. Jak widać, zaufanie do kondycjizdrowotnej i higieny współpijących jest tutaj wielkie.



